poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Gospodarz

Jeden ksiądz na 30 tysięczne miasto i do tego okoliczne wioski …
W Wielkanoc na Guarayos bardzo wiele się działo; nie tylko pod względem liturgicznym … wszystko rozpoczęło się rano. Ja byłem na mojej wiosce San Pablo; mój współbrat rozpoczynał mszę świętą w Ascencion; a brat zakonny wyjechał na wioskę … wyjechał, ale nie dojechał ... bo po drodze miał bardzo groźny wypadek samochodowy. Na szczęście na drodze znalazła się osoba, która wyciągnęła go i przywiozła do Ascencion; a stąd nie pozostało nic innego jak ponad 300 km wieźć go do w miarę normalnego szpitala w Santa Cruz, gdzie chłopaka poskładają do kupy. Ja o wszystkim dowiedziałem się dopiero jak przyjechałem z wioski. Drugi współbrat w Wielkanoc też wyjechał do Santa Cruz ponieważ w poniedziałek miał sprawy do pozałatwiania. W efekcie zostałem sam w 30 tysięcznym miasteczku oraz miałem pod sobą okoliczne wioski. Jednym słowem zostałem gospodarzem domu i parafii.
Oczywiście długo to nie trwało ponieważ współbrat wrócił z Santa Cruz a ja pod koniec tygodnia wyleciałem do Cochabamby. Brat zakonny, który miał wypadek już wyszedł ze szpitala i będzie żył (aż do śmierci J ).
Ja natomiast opuściłem dżunglę, ciepło, komary, bardzo sympatycznych ludzi, dzieci i młodzież i  wróciłem w góry. Niestety po przyjeździe do Cochabamby mój organizm trochę zaczął świrować. Jak nigdy wcześniej nie miałem problemów z wysokością górską tak przez pierwsze trzy dni myślałem że odlecę … serce waliło mi jak głupie, ciśnienie mi skakało jak szalone, normalnie nie mogłem odprawić mszy bo myślałem, że się przewrócę. Na szczęście po trzech dniach mi przeszło i funkcjonuję normalnie, choć normalny to ja nigdy nie byłem :-)
Trochę mi żal było wyjeżdżać kolejny raz z Guarayos tym bardziej jak widziałem ludzi którzy chcieli mojej obecności w tamtejszej parafii. Niestety braki kapłanów sprawiają, że wioski pozostają same. Nie tylko ludzie na Guaryaos są sympatyczni, ale także klimat i temperatura mi tam bardzo odpowiadają: choć jest ciepło, upalnie, wilgotnie i dużo komarów to bardzo dobrze się tam czuję. Teraz obecnie będę przebywał w Cochabambie aż do konkretnej decyzji w sprawie mojej dalszej palcówki. W połowie maja dowiem czy  mam wracać już na dłużej na Guarayos czy do innego klasztoru.
Jak zapewne zauważyliście ostatnie posty pojawiają się nieregularnie. Było to spowodowane tym, iż na Guarayos internet funkcjonuje tragiczne. Płaci się jak za zboże a niewiele się z tego ma. Teraz w Cochabambie będę miał okazję aby na bieżąco publikować dalsze posty. Choć i tutaj są dni kiedy internet świruje i nie można nic zrobić. Z drugiej strony każdemu z nas przyda się czasami przerwa od internetu, facebooka i innych pochłaniaczy czasu.