piątek, 30 września 2016

Logika

Każda grupa etniczna ma swoją mentalność.
Każdy z nas ma swoje ”widzi mi się”.
Każde terytorium ma swoje zasady.
Każdy kraj ma swoją „logikę”.
Boliwia też …

Od przyjazdu do Boliwii uczę się wielu rzeczy, przede wszystkim języka – bo od tego głównie zależy jakość pracy misyjnej. Na razie idzie mi to opornie – wystarcza aby sprawować Eucharystię i spowiadać ludzi. A co do spowiedzi … 
Proszono mnie ostatnio abym pojechał do jednej wioski i wyspowiadał dzieci przed pierwszą komunią. No to ja traktując to jako nowe wyzwanie przygotowałem się: alba, stuła i co najważniejsze słowa rozgrzeszenia, które miałem napisane po hiszpańsku na kratce. Wszystko było fajnie, pięknie … dzieci się spowiadały … aż tu nagle w kościele zabrakło prądu … w konfesjonale ciemno jak … :-) w piwnicy (oczywiście) … wtem zaczynam się zastanawiać po co mi ta kartka z rozgrzeszeniem po hiszpańsku jak i tak nic nie widzę :-) ale na szczęście trwało to krótko i włączyli ponownie prąd.

Jak zabraknie prądu trzeba sobie jakoś radzić. Kiedy słońce zachodzi, a zazwyczaj o 18:30 jest już ciemno, trudno się jeździ samochodem – a jest to konieczne bo na wioskach mam msze o 19:30 i jadąc tam trzeba bardzo uważać: na dziury na drogach, zwierzynę, samochody jadące bez świateł, motorki ledwo jadące bez oświetlenia, ludzi którzy od tak stoją przy drodze – jednym słowem trzeba mieć oczy dookoła głowy.

Jednakże oprócz języka próbuję zrozumieć i po chłopsku ogarnąć sposób boliwijskiego myślenia. Będąc w Polsce nad wieloma rzeczami nie zastanawiałem się. Mieszkając na Guarayos trzeba zmienić myślenie np.:
  • kiedy się człowiek myje? W Polsce wtedy kiedy jest brudny. Tutaj myjesz się wtedy kiedy jest woda.
  • kiedy ładujesz baterię w telefonie? W Europie wtedy kiedy jest wyczerpana. Tutaj ładujesz baterię wtedy kiedy jest prąd.
  •  o której rozpoczyna się msza święta? W Polsce zazwyczaj o konkretnej godzinie (chyba że jest to msza dla neokatechumenatu :-) ). Tutaj na wioskach msza rozpoczyna się wtedy kiedy przyjdą ludzie do kaplicy.
  • kiedy tankujesz samochód? Zazwyczaj jak zaczyna brakować paliwa. Tutaj tankuje się wtedy kiedy jest stacja benzynowa na której akurat jest paliwo :-) i w miarę krótka kolejka.


… można by tak długo wyliczać … każdego dnia uczę się czegoś nowego.

wtorek, 27 września 2016

Ministranci i kartki w rękach

Praca w Ascensión de Guarayos rozpoczęła się jak z bata strzelił ...

Po rozpakowaniu się nadszedł czas konkretnej pracy misyjnej. Niedzielna wędrówka po okolicznych wioskach wiele mnie nauczyła. Po pierwsze zauważyłem że dla tych ludzi tutaj liczy się każdy kapłan … nie ważne czy potrafię mówić po hiszpańsku, czy w guarayos (miejscowy tutejszy język) oni cieszą się że jest kapłan, który będzie sprawował mszę świętą. Kiedy byłem w wiosce San Pablo de Guarayos po niedzielnej Eucharystii wszyscy wyszli przed kościółek i czekali na wieści ode mnie czy w każdą niedzielę będą mogli mieć teraz mszę świętą. Niestety po pierwsze nie umiałem się z nimi dogadać bo mam problem jeszcze z językiem, a po drugie po prostu nie wiedziałem. Ciekawe jest to że pierwszą samodzielną Eucharystię sprawowałem w San Pablo (czyli św. Paweł) a przecież jest on moim patronem ze chrztu :-)
Wśród tych spojrzeń pełnych nadziei które zauważam w oczach ludzi mam czasami wrażenie, że niektórzy cieszą się, z tego powodu, że jak przyjeżdża Europejczyk to myślą, że przywozi ze sobą tonę pieniędzy. Trochę się im nie dziwię, to tak samo jak my Polacy kiedyś myśleliśmy o przyjeżdzających do nas Niemcach :-)
Kolejna niedzielna msza czekała mnie w San Andrés. Kiedy przyjechałem tam z dwoma ministrantami w kaplicy było … pusto … nikogo nie było. Msza się nie odbyła z prostego powodu – ludzie nie wiedzieli, że będą mieli niedzielną Eucharystię, ponieważ rzadko jest tutaj msza, zazwyczaj brat zakonny przyjeżdża do nich aby rozważać Słowo Boże. No cóż … bywa i tak … nie pozostało mi nic innego jak w kaplicy z ministrantami pomodlić się koronkę do Bożego Miłosierdzia bo była godzina 15:00 … i wracamy z powrotem, bo za niecałe dwie godziny czekała mnie znowu niedzielna msza w kaplicy San Francisco.
Po przyjeździe do San Francisco zauważyłem, że już czekała tam na msze głównie młodzież i dzieci mające za jakiś czas przystąpić do pierwszej Komunii świętej. Widząc to trochę się zasmuciłem,  ponieważ dzieci będą musiały słuchać jak jakiś gringo próbuje sprawować Eucharystię z ich języku, dukając kazanie które czytałem z kartki … ale zaakceptowali to … nie mieli innego wyboru ;-) Podczas całej tej wędrówki byli ze mną ministranci, których zabrałem do Jeepa i razem podróżowaliśmy z miejsca na miejsce. To dzięki nim trafiłem do poszczególnych wiosek. Oprócz ministrantów towarzyszyły mi kartki papieru: kazanie,  boliwijskie „wstawki” liturgiczne (ponieważ tutaj używa się mszału hiszpańskiego, a Guarayos nie „trawią” typowo hiszpańskich określeń, jest to spowodowane niewolnictwem, którego doświadczyli, więc słówka stricte hiszpańskie trzeba zmieniać na boliwijskie - ale o tym to napisze później). Jednym słowem bez ministrantów i kartek było by licho, a że nie mam drukarki … wszystko trzeba pisać odręcznie …




sobota, 24 września 2016

Larmo

No to przeprowadzka...

Pobyt w Santa Cruz dobiegł końca. 
Dokumenty poskładane w urzędach … teraz trzeba oczekiwać na „ekspresową pracę” tutejszych urzędników. Mile będę wspominał chwile spędzone w naszej bazie misyjnej. Mieszkałem tam we wspólnocie międzynarodowej, musieliśmy się jakoś dogadać: po hiszpańsku, polsku, niemiecku - czasami było śmiesznie … jak to jeden ze współbraci zauważył, że nasza wspólnota to „wieża Babel” każdy w innym wieku, innej narodowości, inny język ojczysty – a mimo to jakoś się rozumieliśmy.
Na dniach mieszkało z nami dwóch naszych współbraci biskupów. Swoją postawą prostoty, modlitwy, braterstwa bardzo mnie pozytywnie zbudowali.
Obecnie przebywam w Ascención de Guarayos aby tymczasowo pomóc tutejszym współbraciom. Droga którą musiałem pokonać samochodem, za kierownicą „ubogaciła” mnie doświadczeniem jakości dróg boliwijskich. Ale po przejechanych 150 kilometrach już swobodnie przyzwyczaiłem się do tutejszych warunków drogowych. W sumie Ascención de Guarayos jest oddalone jakieś 300 km od Santa Cruz, ale po drodze odwiedziliśmy dwie parafie w których pracował jadący ze mną współbrat.
Kiedy przyjechaliśmy do Ascención zaskoczyły mnie … dzieci, a dokładnie ich ilość biegająca po ogrodzie klasztornym. Powodem ich obecności jest szkoła muzyczna znajdująca się na terenie klasztoru. Wychodząc z samochodu widziałem bawiące się dzieciaki, które grały (niektóre próbowały grać) na skrzypcach i innych instrumentach – jednym słowem kakofonia. W pierwszej chwili zrodziła mi się myśl: „poobiedniej siesty to ja w tym klasztorze nie będę miał, bo jest tu jedne wielkie larmo*" :-)
Mija mi tutaj trzeci dzień pobytu i widzę jak przez teren klasztorny mnóstwo dzieci przewija się niczym ludzie na targu, ale jakoś mi to za bardzo nie przeszkadza, bo jak człowiek ciągle ma zajęcie to nawet nie zwraca na to uwagi. Trochę jestem zaabsorbowany uzyskaniem dostępu do internetu, ponieważ mam z tym problem. W prawdzie bez „neta” da się spokojniej żyć, ale patrząc na tutejsze środki komunikacyjne to mimo wszystko internet wychodzi najekonomiczniej.
Przypomina mi się moment jak przyleciałem do Boliwii do Santa Cruz to wspominaliśmy w naszym zakonie tajemnicę stygmatów św. Franciszka z Asyżu. Drugiego dnia pobytu w Ascención wspominany w liturgii innego stygmatyka – św. o. Pio … te stygmaty ciągle mi towarzyszą i powoli zaczynam doświadczać „stygmatów życia misyjnego” …

*larmo – hałas :-)

środa, 21 września 2016

Taxi, żydówka i gringo

Od niedzieli większość dnia spędzam w drodze ... z miejsca na miejsce ...
Po przyjeździe do Boliwii pierwszą rzecz, którą muszę zrobić to zająć się moim statusem prawnym i zadbać o dokumenty. A tutaj to nie jest takie proste i szybkie jak w Polsce...
Czas załatwiania swoich dokumentów upływa mi w towarzystwie kobiety - żydówki, która zajmuje się uregulowaniem naszych "papierów".  Ze względu na wielki i chaotyczny ruch uliczny, który jest w Santa Cruz korzystamy z taksówek, które patrząc na stan techniczny część z nich nie byłaby dopuszczona do ruchu na polskich drogach, ale nie w Boliwii - tu jest inny świat. Wymaga to sporej dawki cierpliwość, na szczęście señora która mi towarzyszy zna się na wszystkim, a ja dotrzymując jej kroku staram się robić dobrą minę, udając że rozumiem co w urzędach do mnie mówią. Po przylocie, na lotnisku otrzymałem wizę na 30 dni więc trzeba się śpieszyć z tymi dokumentami, żeby mnie "kulturalnie nie wyprosili" z Boliwii. Mam nadzieję, że Opatrzność Boska zadba o resztę.
W międzyczasie byłem zatwierdzić moje prawo jazdy międzynarodowe, które wyrobiłem sobie w Polsce. Po przedstawieniu go otrzymało ono rok ważności, a po roku czeka mnie egzamin i wymiana na "prawko" boliwijskie.
Sporo zachodu kosztowało mnie zdobycie numeru telefonu komórkowego na kartę i uruchomienie go ... najpierw udaliśmy się do przedstawicieli sieci komórkowej, gdzie otrzymałem kartę sim, jednakże musieli mnie "odnotować" że staję się właścicielem tego numeru. Następnie wkładając kartę do mojego telefonu okazało się ... że nie działa ... Kobieta tłumacząc mi powiedziała że telefony kupione w Europie mają jakąś blokadę i nie działają w Boliwii więc muszę się udać do serwisu. Po przyjeździe do serwisu, wyglądem przypominającym warsztat, który w piwnicy ma mój tata; sprawdzono mi telefon i okazało się że ... karta sim jest zepsuta!!! Nie pozostało mi nic innego jak z powrotem udać się do biura przedstawicieli sieci komórkowej i prosić o nową kartę. Po przyjeździe otrzymałem nowy czip, który działał - dawno się tak nie cieszyłem z działającej kary sim. Oczywiście karta sim nie miała żadnej kwoty i trzeba było ją doładować, ale to zrobiliśmy już w innym miejscu. Najpierw trzeba było zjeść obiad bo juz mi trochę sił brakowało. Dzięki tej bieganinie za kartą sim poznałem pewną rodzinkę, u której zjedliśmy smaczny obiadek ...

poniedziałek, 19 września 2016

Drut kolczasty

Coś w życiu musi nas chronić ... coś ma zapewnić nam bezpieczeństwo ... ale co?


Kiedy w niedzielę rano w kaplicy sióstr zakonnych koncelebrowałem Eucharystię, zobaczyłem przez okno, że siostry nad ogrodzeniem mają drut kolczasty. Po powrocie do naszego konwentu San Antonio także zauważyłem, że bracia nad swoim płotem mają rozciągnięty podobny drut. Oczywiście jako pierwsza narzuca się myśl, że to ochrona przed złodziejami i nieproszonymi gośćmi (tym bardziej że tutaj jest ich ponoć sporo) ... ale ciągnąc troszeczkę dalej ideę "drutu kolczastego" muszę stwierdzić że na misjach (choć nie wypowiadam się jako misjonarz, bo dopiero na dniach tu przyjechałem) i w życiu każdego z nas - jest taki drut koniecznie potrzebny w sensie fizycznym i duchowym. Drut który ochroni mnie przed tym aby coś złego, niedobrego nie wkradło się do mojego wnętrza. Jest wiele niebezpieczeństw które czyhają aby wejść: pokusa, grzech, nieczysta ingerencja innych ludzi w nasze życie, manipulowanie nami, własne słabości - jednym słowem dżungla. 
Będąc na zewnątrz ogrodzenia, drut kolczasty budzi nieprzyjemne uczucia, nie wygląda zbyt estetycznie, zalatuje pewną grozą - ale będąc wewnątrz "swojego podwórka" stanowi pewne poczucie bezpieczeństwa. Potrzebujemy aby taki drut nam towarzyszył, aby nas chronił przed grzechem, nieczystymi intencjami... (i tu każdy może sobie coś dodać - przed czym ma nas chronić, czego się boimy...).
Ludzie którzy chcieliby zbyt mocno wejść do naszego życia, niejako okraść nas z naszego stylu, dobrego imienia, godności, własnego zdania, bycia sobą - zawsze będą narzekać na nasz drut kolczasty. 
Rodzi się pytanie: co jest dla mnie takim drutem kolczastym? Bóg? Modlitwa? Własne zdanie? Stanowczość?
Na początku mojej wędrówki misyjnej muszę rozciągnąć drut kolczasty, który będzie mnie chronił ... nie ważne czy to się innym będzie podobało czy też nie ... nie ważne czy będzie to przyjemne dla innych czy nie ... nie ważne czy on będzie wyglądał estetycznie czy nie ... ważne żeby mnie chronił przed złem.




sobota, 17 września 2016

Stygamty

Przywitały mnie stygmaty ...


Pierwszy dzień pobytu w Boliwii był dniem kiedy w naszym zakonie świętowaliśmy pamiątkę stygmatów św. Franciszka z Asyżu. Mam takie przeczucie, że mój pobyt w Boliwii będzie podobny do stygmatów, które otrzymał nasz zakonny założyciel. Przyniosły one wiele cierpienia, bólu ale i zarazem słodyczy naznaczonej obecnością Pana. Przypuszczam, że mój pobyt w Boliwii i tutejsza wędrówka przyniosą nie raz cierpienie, ból ale przede wszystkim słodycz płynąca z obecności Pana.
Podróż okazała się przyjemna, choć w samolocie spędziłem wiele czasu i czekały mnie przesiadki w Frankfurcie oraz Sau Paulo, to mimo wszystko jak dla mnie podróż zaliczyłbym do udanej. Tym bardziej widząc niezwykłe ingerencje Pana Boga w nadawaniu bagażu i wielu innych sytuacjach wiedziałem, że nie lecę sam ...
Boliwia przywitała mnie ... silnym wiatrem. Samolot kiedy lądował w Santa Cruz de la Sierra miał pewne problemy, związane ze zmaganiem się z silnymi porywami wiatru. Przez okno w samolocie widziałem jak pod wpływem "norte" (tak nazwali ten wiatr) wyginały się gałązki palmowe.
Załatwiając sprawy papierkowe na lotnisku i podczas kontroli bagażowej już zauważyłem, że Boliwia to inny świat ... i różni nas nie tylko sześciogodzinna zmiana czasu ale wiele innych zachowań ...
Współbracia już oczekiwali i przywitali mnie na lotnisku, po czym razem udaliśmy się do naszej "bazy misyjnej" San Antonio w Santa Cruz. W drodze do klasztoru zauważyłem stare zniszczone prowizoryczne domki, połamane drzewa palmowe, chaotyczny ruch uliczny w którym mimo wszystko zachowany był pewien porządek, śmieci przemieszczające się po ulicy pod wpływem wiatru oraz specyficzny zapach spalin (współbrat powiedział mi, że tak śmierdzi ekologiczne brazylijskie paliwo :-)
W klasztorze jest dostęp do internetu i przez najbliższe kilka dni będę tu załatwiał sprawy papierkowe. Następnie udam się do konkretnej pracy misyjnej, ale jeszcze nie wiem gdzie.
Pierwszego dnia spotkałem dwóch moich współbraci trzech polaków którzy tutaj pracują i miałem już okazję jeździć Toyotą Land Cruiser. Byłem w naszej dojazdowej kaplicy i koncelebrowałem Eucharystię.
Był to dzień pełen wrażeń ... ale to co najbardziej utkwiło mi w głowie, to jeden z moich współbraci który w naszej kaplicy nabożnie się modlił... niby nic nowego, nadzwyczajnego ale był to piękny widok.
I tak upłynął dzień pierwszy ...


czwartek, 15 września 2016

Rajzefiber

Tuż przed wyjazdem jest oczekiwanie moje i innych...


Zazwyczaj przed przed oczekiwaną, daleką i ekscytującą podrożą mamy rajzefiber :-) czyli zdenerwowanie.
Jest wieczór, czas kiedy pożegnałem się z rodziną, współbraćmi, a jutro wyjazd ...
Będąc szczerym nie przeżywam go aż tak, że nie mógłbym spać, nie leżę na łóżku i nie wpatruję się w sufit w oczekiwaniu na wylot samolotu. Może spowodowane jest to tym, że jeszcze jestem zaabsorbowany pakowaniem :-) jak zwykle na ostatni moment.
Pakowanie się do dwóch walizek z jednej strony jest dobrą okazją aby pozbyć się niepotrzebnych rzeczy, a z drugiej zawsze weryfikuje to, co rzeczywiście człowiekowi jest potrzebne w życiu codziennym: habit, szaty i akcesoria liturgiczne, ubrania i kilka przedmiotów codziennego użytku.
W związku z wyjazdem często byłem ostatnio pytany czy się denerwuje? Odpowiadając na te pytania muszę powiedzieć, że nie denerwuję się. Na razie trochę myślę nad samą podróżą, jestem raczej ciekawy tego, co mnie spotka już za kilka dni.
Ale o tym to napiszę już z Boliwii ...

poniedziałek, 12 września 2016

Hajmat

Wszędzie dobrze ale ... nie ma jak to hajmat*


W ostatni weekend przed wyjazdem na misje przywędrowałem w moje rodzinne strony.
Pobyt w domu rodzinnym jest dla mnie z jednej strony czymś wspaniałym, ponieważ klimat jaki tutaj panuje jest niezwykły: świeże powietrze, rodzinna atmosfera; z drugiej strony zawsze przyjeżdżam tutaj z pewnym sentymentem. Wspominam czasy młodości, wypady z kolegami, przesiadywanie na przystanku autobusowym, przygody ... dalej nie będę opisywał szczegółów, zainteresowani wiedzą o co chodzi :-)
Choć wiem, że przed wyjazdem do Boliwii teraz są moje ostatnie chwile z rodziną, to jednak jakoś tego nie odczuwam, że przez pewien okres się nie zobaczymy, przecież Boliwia nie jest aż tak daleko :-) staram się przed wylotem spędzić z nimi jak najwięcej czasu. Przypuszczam, że może oni z troski o mnie, bardziej przeżywają ten wyjazd niż ja sam.
Rodzina to jedna strona, druga to mieszkańcy Książenic, którzy zawsze byli dla mnie życzliwi. Głosząc teraz homilie na niedzielnych mszach czułem się jakbym miał znowu prymicje. Ludzie przychodzili do mnie życząc mi powodzenia na misjach, wspierając mnie duchowo i materialnie. Koledzy którzy zostali po mszy, aby jeszcze chwilkę ze mną pogadać. Wspaniałe uczucie, kiedy wiem, że moja wioska to tak na prawdę jedna wielka rodzina ... Oczywiście nie mógłbym zapomnieć o proboszczu - niezwykły człowiek, jednym słowem jest dla mnie przykładem.
Kiedy czytam Pana Tadeusza, a dokładnie inwokacje: "Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie;
ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, kto cię stracił." to mam wrażenie, że pisał o moim hajmacie - o Książenicach.
*hajmat - region, z którym ktoś czuje się związany, ojczyzna

czwartek, 8 września 2016

Listo

A ty które słowo często powtarzasz?

Czas lipca i sierpnia minął mi w towarzystwie misjonarzy którzy, przyjechali na urlop. Byli to moi współbracia - misjonarze, którzy pracują w Boliwii. Wiele czasu z nimi spędziłem, trochę się z nimi związałem. Mieliśmy wspólne wyjazdy, spotkania, rozmowy, rekreacje ...
Kiedy z nimi przebywałem zauważyłem, że każdy z nich ma swoje słowo które często powtarza, niby taki przerywnik. Tak zauważyłem: "carramba", "fe y alegria" (wiara i radość) ... a jeden z nich często mówił "listo" co oznacza gotowy, bystry ...
Kiedy wyjeżdżali kilka dni temu do Boliwii i telefonicznie żegnałem się z nimi, trochę mi było żal, że już jadą, ale wiedziałem że kiedy tam przyjadę to znowu się z nimi spotkam. Niestety z jednym z nich już się nie spotkam w Boliwii, dziś otrzymaliśmy wiadomość że zmarł o. Gustaw.
W tym roku miałem okazję bliżej go poznać. Przyjemnie mi się z nim rozmawiało. Podczas naszych spotkań wiele opowiadał o Boliwii, udzielał mi wskazówek. Często w swoich wypowiedziach używał przerywnika "listo" - gotowy. Wydaje mi się, że był "listo" - gotowy na spotkanie z Panem...
Niech odpoczywa w pokoju wiecznym. Amen

wtorek, 6 września 2016

Jerozolima

Istniejemy oraz żyjemy w jakimś miejscu i czasie.
Tak jak Chrystus działał w konkretnym miejscu tak samo i ja miałem swoją ... Jerozolimę...
W Jerozolimie znajdziemy stare budynki, dawną architekturę, wąskie uliczki ... podobnie jest w parafii w której pracowałem przez dwa lata w Bytomiu. Stare budynki, które są zniszczone przez czas i człowieka tworzą swoisty klimat tego miejsca.
Dziś mogłem znowu przywędrować, choć na chwilkę na "stare śmieci", do miejsca gdzie wiele doświadczyłem. Choć mój pobyt jest tutaj dziś  "przelotny" związany bardziej z odwiedzinami i załatwianiem spraw papierkowych, to jednak chętnie wracam do mojej Jerozolimy. Pamiętam jak rozpoczynałem tutaj pobyt... a dziś wracam tu do naszego klasztoru jako gość. Bracia jak zwykle serdecznie mnie przyjęli. Odwiedzając znajomych mogłem powspominać "stare czasy".
W Jerozolimie miały miejsce piękne, wzniosłe, cudowne i bolesne doświadczenia Jezusa; tak samo i w mojej Jerozolimie dużo się tutaj działo, ale jestem Bogu ogromnie wdzięczny za to, że mogłem tutaj być i posługiwać ludziom, których Bóg postawiał na mojej drodze, a którzy na długo zostaną w mojej pamięci. Pobyt w mojej Jerozolimie zmienił mnie.
Pewnie w życiu jeszcze nie jedną Jerozolimę będę miał ...

niedziela, 4 września 2016

Odwiedziny

Prowadząc wędrówkę przez życie, jako podróżnicy odwiedzamy ludzi, miejsca...
Nasz klasztor także Ktoś odwiedził, Ktoś kto wędruje ...

Oczywiście chodzi o peregrynację obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej, który peregrynuje po męskich klasztorach. Nie przypuszczałem, że jeszcze we wrześniu, przed wyjazdem na misje będę miał okazję kontemplować to wyjątkowe oblicze ... 
Nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie to, że dla mnie to kolejne spotkanie w tym roku z Matką Boską Częstochowską. W czerwcu taka peregrynacja była w diecezji gliwickiej i kiedy byłem tymczasowo w naszym klasztorze w Bytomiu akurat "Maryja nas nawiedziła". 
https://www.facebook.com/permalink.php?story_fbid=1728443277406238&id=1559296660987568
Następnie to ja udałem się z wizytą do Częstochowy biorąc udział w Rybnickiej Pieszej Pielgrzymce.
https://www.facebook.com/1559296660987568/photos/a.1570392839877950.1073741828.1559296660987568/1751537851763447/?type=3&theater
Teraz Matka Boska przybyła ponownie do mnie ... do Panewnik. 
Cieszę się z tego powodu, tym bardziej że przed wyjazdem do Boliwii potrzebuję pewnych znaków wsparcia ze strony Pana Boga. Ciekawe jest to, że w czerwcu kiedy na Eucharystii, która była dziękczynieniem za 40 lat pracy naszych współbraci w Boliwii; otrzymałem krzyż misyjny od mojego prowincjała i pod koniec mszy świętej misjonarze w tym i ja sam otrzymaliśmy prezent - wizerunki Matki Boskiej Częstochowskiej... przypadek? Dla mnie to nie przypadek ...

Wędrująca Matko Boska Częstochowska módl się za nami

czwartek, 1 września 2016

Symbol

Warsztaty misyjne dobiegły końca. 



Dawno nie widziałem i nie odczułem takiego braterstwa, jedności, otwartości miedzy naszymi prowincjami i gałęziami zakonnymi. Zauważyłem jak wspólny cel, którym są: misje i ewangelizacja potrafią połączyć ludzi. Opowieści jak nasi misjonarze współpracują miedzy sobą bez względu na przynależność do gałęzi zakonnej była dla mnie czymś niesamowitym.
Jak zwykle podczas takich spotkań było wiele świadectw misjonarzy, którzy jeszcze bardziej "zapalili" mnie do wyjazdu na misje. Szczerze mówiąc już chciałbym wyjechać do Boliwii, choć mam pietra przed tym, że jeszcze mój hiszpański ma wiele do życzenia to mimo wszystko z niecierpliwoscią czekam na wylot. 


Ostatniego dnia mieliśmy wspólne "wędrowanie" po Krakowie. Rozpoczęliśmy od Eucharystii przy relikwiach błogosławionych Michała i Zbigniewa (u franciszkanów konwentualnych) następnie poznaliśmy gościnność braci na reformacyjnej i bernardyńskiej. Po tym udaliśmy się do Łagiewnik, aby w godzinie miłosierdzia pomodlić się koronką oraz nawiedzić bazylikę i centrum św. Jana Pawła II. Był to dla mnie dzień pełen symboli. Dla jednych to, co napisze to nic nadzwyczajnego, zwykła normalka ... ale dla mnie to symbole, które osobiście wiele mi powiedziały: misjonarz z Burkina Faso, relikwie błogosławionych męczenników, koronka po hiszpańsku, kontynent Ameryki Południowej na tabernakulum, hojność sprzedawczyni ... niby nic nadzwyczajnego ale dla mnie to były cuda...