wtorek, 27 września 2016

Ministranci i kartki w rękach

Praca w Ascensión de Guarayos rozpoczęła się jak z bata strzelił ...

Po rozpakowaniu się nadszedł czas konkretnej pracy misyjnej. Niedzielna wędrówka po okolicznych wioskach wiele mnie nauczyła. Po pierwsze zauważyłem że dla tych ludzi tutaj liczy się każdy kapłan … nie ważne czy potrafię mówić po hiszpańsku, czy w guarayos (miejscowy tutejszy język) oni cieszą się że jest kapłan, który będzie sprawował mszę świętą. Kiedy byłem w wiosce San Pablo de Guarayos po niedzielnej Eucharystii wszyscy wyszli przed kościółek i czekali na wieści ode mnie czy w każdą niedzielę będą mogli mieć teraz mszę świętą. Niestety po pierwsze nie umiałem się z nimi dogadać bo mam problem jeszcze z językiem, a po drugie po prostu nie wiedziałem. Ciekawe jest to że pierwszą samodzielną Eucharystię sprawowałem w San Pablo (czyli św. Paweł) a przecież jest on moim patronem ze chrztu :-)
Wśród tych spojrzeń pełnych nadziei które zauważam w oczach ludzi mam czasami wrażenie, że niektórzy cieszą się, z tego powodu, że jak przyjeżdża Europejczyk to myślą, że przywozi ze sobą tonę pieniędzy. Trochę się im nie dziwię, to tak samo jak my Polacy kiedyś myśleliśmy o przyjeżdzających do nas Niemcach :-)
Kolejna niedzielna msza czekała mnie w San Andrés. Kiedy przyjechałem tam z dwoma ministrantami w kaplicy było … pusto … nikogo nie było. Msza się nie odbyła z prostego powodu – ludzie nie wiedzieli, że będą mieli niedzielną Eucharystię, ponieważ rzadko jest tutaj msza, zazwyczaj brat zakonny przyjeżdża do nich aby rozważać Słowo Boże. No cóż … bywa i tak … nie pozostało mi nic innego jak w kaplicy z ministrantami pomodlić się koronkę do Bożego Miłosierdzia bo była godzina 15:00 … i wracamy z powrotem, bo za niecałe dwie godziny czekała mnie znowu niedzielna msza w kaplicy San Francisco.
Po przyjeździe do San Francisco zauważyłem, że już czekała tam na msze głównie młodzież i dzieci mające za jakiś czas przystąpić do pierwszej Komunii świętej. Widząc to trochę się zasmuciłem,  ponieważ dzieci będą musiały słuchać jak jakiś gringo próbuje sprawować Eucharystię z ich języku, dukając kazanie które czytałem z kartki … ale zaakceptowali to … nie mieli innego wyboru ;-) Podczas całej tej wędrówki byli ze mną ministranci, których zabrałem do Jeepa i razem podróżowaliśmy z miejsca na miejsce. To dzięki nim trafiłem do poszczególnych wiosek. Oprócz ministrantów towarzyszyły mi kartki papieru: kazanie,  boliwijskie „wstawki” liturgiczne (ponieważ tutaj używa się mszału hiszpańskiego, a Guarayos nie „trawią” typowo hiszpańskich określeń, jest to spowodowane niewolnictwem, którego doświadczyli, więc słówka stricte hiszpańskie trzeba zmieniać na boliwijskie - ale o tym to napisze później). Jednym słowem bez ministrantów i kartek było by licho, a że nie mam drukarki … wszystko trzeba pisać odręcznie …




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.