Czarna owca

Przyszedł czas aby pójść do szkoły podstawowej … jednakże nie w formie nauczyciela ale ucznia …

Ze względu na to, że muszę popracować nad moim językiem, wykorzystałem sytuację, że obok naszego kościoła w Ascención jest szkoła podstawowa, którą prowadzą siostry zakonne. Podczas obiadu z nimi wpadły one na „wspaniały pomysł” abym w ramach nauki języka chodził na lekcje do siedmio i ośmiolatkami. Ja oczywiście „bardzo się ucieszyłem” z tej propozycji no i nie miałem za bardzo wyboru – musiałem z niej skorzystać. Na mojej wędrówce postawiono szkołę podstawową …
Jak poszedłem do tej szkoły to myślałem że pęknę ze śmiechu. Najpierw siostra dyrektor przedstawiła mnie ośmiolatkom jako „nowego ucznia”, nawet chyba nie wiedziały dzieciaki że jestem „padre” (czyli ojcem, księdzem) więc zareagowali z wielkim entuzjazmem i od razu dostałem ksywę „compañero” co oznacza kolega, towarzysz.
Nie pozostało mi nic innego jak usiąść w ostatniej ławce i słuchać pani nauczycielki, która prowadziła lekcje.  Na początku to wewnętrznie śmiałem się do samego siebie: małe ławki, niskie krzesła, ja ledwo się w nich mieszczę a dookoła mnie około 36 siedmio i ośmiolatków. Dzieci były tak mocno zainteresowane moją osobą, że nauczycielka nie potrafiła prowadzić lekcji i skupić na sobie uwagi. Wszyscy patrzyli na mnie, pojawiały się pierwsze pytania szeptem skierowane przez nich do mnie (których oczywiście nie rozumiałem), a to co działo się na przerwie przeszło moje wszelkie oczekiwania …
Podczas przerwy dzieciaki obskoczyły mnie ze wszystkich stron, coś mówiły do mnie a ja tylko odpowiadałem że „nie rozumiem” … pytały skąd jestem, kim jestem, co robię, głaskały mnie, przytulały się jak do wielkiego misia. Czułem się jak w cyrku, kiedy dzieci z entuzjazmem widzą rzadki okaz jakiegoś zwierzęcia i wszyscy chcą go dotknąć i na niego popatrzeć. Na szczęście nauczycielka dzięki swoim zdolnością pedagogicznym po pewnym czasie opanowała sytuację.
Kolejnego dnia przyszedłem do szkoły wcześniej niż zawsze i trafiłem na „apel”. Wszyscy uczniowie byli zgromadzeni na podwórku i słuchali nauczycieli, którzy mieli coś do powiedzenia. Ja widząc tę sytuację stanąłem sobie z tyłu, za wszystkimi uczniami, pod filarem, aby się trochę ukryć w tłumie i nie rzucać w oczy. Ale było to nie możliwe, bo nie tylko odróżniałem się od wszystkich: włosami (mam tu chyba najkrótsze włosy na Guarayos), wzrostem, wagą, kolorem skóry i tym, że wszyscy uczniowie maja białe mundurki a ja przyszedłem na lekcje w ciemnych spodniach i ciemnej koszulce z napisem „JEZUS” ... krótko mówiąc nie dało się mnie nie zauważyć … czułem się jak czarna owca w gronie jasnych, białych owieczek.
Szlifowanie języka odbywa się także podczas jazdy samochodem. Jeśli mam ze sobą ministrantów to w drodze do kaplic uczą mnie oni języka hiszpańskiego i guarayos. Czasami gdyby to ktoś widział z boku, to nie wytrzymałby ze śmiechu. Podczas jednej takiej podróży ministrant o imieniu Pablo (ma chyba z 11 lat) coś mi tłumaczył … o coś pytał … ale niestety jak mam to w zwyczaju – próbowałem na wszystkie strony rozszyfrować co chce mi powiedzieć ale nie dałem rady i powiedziałem mu, że nie rozumiem; na to on mi odpowiedział: „może jutro”. Nic nadzwyczajnego „może jutro” zrozumiem; „może jutro” mi wyjaśni … 
Dało mi to dużo do myślenia … często „już teraz, od razu” chciałbym coś zrozumieć, mieć, posiąść jakąś umiejętność. A tu nie raz trzeba dać sobie czas, nabrać dystansu … „może jutro” będzie lepiej. Dziś czegoś nie rozumiem, czegoś nie umiem, coś jest za trudne, coś mi nie wyszło … „może jutro” się uda …

Komentarze