poniedziałek, 10 października 2016

Daj się zaskoczyć

Niespodzianki często nas spotykają ... zbyt często …
Lubimy gdy życie przynosi nam niespodzianki, szczególnie te przyjemne … a co wtedy kiedy niespodzianki nie zawsze są przyjemnie? Jak sobie z tym poradzić? Co zrobić kiedy codzienność zaskakuje nas aż za bardzo? W moją codzienną posługę misyjną jest wpisane mnóstwo niespodzianek. Są takie niespodzianki, które czasem podświadomie można przewidzieć. A co zrobić z tymi, które wyprowadzają nas z równowagi?
Boliwia oraz praca tutaj niesamowicie zaskakują mnie. Pierwszy „prezencik” który otrzymałem to pełnienie posługi „tymczasowego proboszcza” w parafii San Pablo  - właśnie tam, gdzie pierwszy raz samodzielnie z ludem sprawowałem Eucharystię. 
Jak do tego doszło, że akurat jestem „tymczasowym proboszczem”? Proste – z powodu braku kapłanów. Kilka miesięcy temu parafia ta miała swojego kapłana, który mieszkał w San Pablo, ale tak się stało, że kapłan ten został przeniesiony do innej parafii, a kolejny który miał go zastąpić nie dojechał, ponieważ dostał inną parafię. W konsekwencji parafia San Pablo leżąca około 14 km od miejscowości gdzie mieszkam, została tymczasowo przydzielona do naszej franciszkańskiej parafii, a że nas tutaj jest dwóch kapłanów to właśnie mnie przełożony poprosił abym zaopiekował się parafią San Pablo. I tak zostałem „tymczasowym proboszczem” specjalnie tą funkcję umieściłem z cudzysłowie ponieważ nie jestem nim na papierze, nie ogłoszono mnie nim oficjalnie … po prostu trzeba zając się tymi ludźmi, a że nie ma kapłanów, to nie ma co się zastanawiać tylko wziąć się do roboty i zaopiekować „boliwijskimi owieczkami”.
Ewenement tej parafii jest taki, że … i tu kolejna niespodzianka … jest ona długa na 120 km i szeroka na 160 km. Po prostu składa się z około 18 wiosek które są rozsiane po dżungli i do których trzeba dojeżdżać, aby sprawować sakramenty. Krótko mówiąc przydałaby się cysterna z paliwem i 72 godzinna doba, aby do wszystkich wiosek przyjechać z posługą kapłańską … mission impossible. Na razie próbuję to trochę ogarnąć, ponieważ na początek przerasta to moje możliwości. Nie będę tu na blogu ględził jak to trudno wszystko poukładać, ale opiszę jedną sytuację, która zawierała w sobie … sporo niespodzianek … :-)
Pewnej niedzieli wracając z dwóch wiosek, które przynależą do San Pablo bardzo się spieszyłem na obiad w naszym klasztorze ponieważ miał być na nim pewien „gość specjalny” … więc ja już spóźniony szybko na ile mogłem śmigałem pikapem do Ascención. Kiedy zbliżałem się do klasztoru … i tu niespodzianka … na środku drogi stał policjant … więc na jego widok i tego, że coś się dzieje na drodze już mi ciśnienie podskoczyło. Podjechałem bliżej, otwarłem jakby nigdy nic okno … policjant zauważył że jestem w habicie, to zrozumiał że jestem Padre i chcę wjechać do klasztoru. Okazało się że droga jest zamknięta … ale po dłuższym jego wywodzie, z którego nic kompletnie nie zrozumiałem wrzuciłem bieg i wjechałem w zamkniętą drogę, która była wąska … po przejechaniu 50 metrów nie uwierzyłem własnym oczom … i tu kolejna niespodzianka … nagle z za zakrętu wyjeżdżają … kolarze, peleton, który się ścigał. Skąd oni się tu wzięli? Wszystkiego bym się tu spodziewał ale nie wyścigu rowerowego. Czy oni robili sobie Tour de Boliwia? Nie wiem, ale samochód który ich prowadził i był na przedzie widząc mnie, że zatarasowałem im drogę zaczął na mnie intensywnie trąbić. Z tego co pamiętam chyba nawet rowerzyści nawet zaczęli krzyczeć … więc mi ciśnienie jeszcze bardzie podskoczyło. Nagle z tyłu słyszę jak policjant zaczyna wołać i na mnie gwizdać … więc ja zdenerwowany widząc tą sytuację szybko chciałem otworzyć bramę klasztorną aby zwolnić drogę i wjechać do klasztoru, ale … i tu kolejna niespodzianka … ktoś zamknął bramę od środka na kłódkę … wtedy myślałem że zwariuję... Nie miałem innego wyboru jak w akcie desperacji spróbować skręcić w innym kierunku i przejechać przez rów aby rowerzyści mogli spokojnie kontynuować wyścig. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się pokonać rów. Kiedy wysiadłem z samochodu rowerzyści już przejechali … czekałem tylko na policjanta i na jego reakcję … czy będzie krzyczał, czy dostanę mandat czy go w ogóle zrozumiem … ale policjant był niezwykle spokojny. Chyba wystarczyło mu już to że droga z powrotem jest przejezdna dla kolarzy.
A ja stałem i zastanawiałem się jak przejadę ponownie przez ten rów, aby gdy skończy się wyścig rowerowy zaparkować samochód w klasztorze. W końcu zamknąłem samochód i go zostawiłem. Wróciłem pieszo do klasztoru. Cierpliwie poczekałem aż wyścig dobiegnie końca … zniknie policjant i wtedy podjąłem próbę wyjazdu … dzięki Bogu – udało się.
Może to co opisywałem niewiele oddaje temu, jakie niespodzianki nas mogą spotkać w Boliwii, ale wierzcie mi - dawno takiego napięcia emocjonalnego nie przeżywałem. Dzisiaj się z tego śmieję, ale wiem że pewnego dnia znowu spotka mnie jakaś boliwijska niespodzianka … tylko jaka?



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.