Fiesta

W nasze wędrówki życiowe jest wpisana Fiesta …
Fiesta to nic innego jak świętowanie. 
Tutaj w Boliwii zawsze się znajdzie jakiś powód do świętowania. A sposób świętowania jest zawsze huczny. Ostatnio brałem udział we fieście organizowanej z racji 60 lat istnienia w szkoły podstawowej „Fe y alegría”.
Sporo czasu trzeba było  poświęcić na „celebrowanie” tego święta: najpierw Eucharystia, po niej uroczysty przemarsz do szkoły, a tam liczne przemowy, później gratulacje, życzenia, wręczanie nagród, wyróżnień, występy artystyczne w wykonaniu dzieci, później rodziców, następnie obiad, na który nie umiałem się doczekać. Trwało to kilka godzin (ja wytrzymałem cztery godziny i w końcu musiałem wyjść bo myślałem, że będę miał odciski na tyłku – i tak wyszedłem jako jeden z pierwszych :-)
Swoją drogą to tak sobie myślę obserwując tych ludzi, że lubują się w różnych pochodach, procesjach, występach artystycznych i wychodzi im to tak naturalnie. W Polsce jakoś nie spotkałem się z tym, że na uroczystościach szkolnych występują rodzice, tańcząc w różnych przebraniach. Jest tu po prostu inna mentalność ludzi, nie twierdzę że gorsza albo lepsza – po prostu inna. Mocno ujęło mnie wystąpienie małej dziewczynki (miała chyba 6 lat), która przy władzach miejskich, dorosłych, nauczycielach etc. zaśpiewała piosenkę o Jezusie. Nie wiem czy była ta dziewczyna z kościoła rzymsko-katolickiego, czy od protestantów albo jakieś sekty (tutaj jest tego sporo)  ale dała piękne świadectwo wiary. Nie ulega wątpliwości że Fiesta dla Boliwijczyków jest czymś wyjątkowym, ważnym i „świętym”.
Co do celebrowania święta ostatnio przeżywaliśmy tutaj (we wtorek) naszą zakonną Uroczystość Świętego Franciszka z Asyżu. Dzień ten dla mnie miał głębokie znaczenie bo była to także moja 5 rocznica złożenia wieczystych ślubów zakonnych. Dwa dni przed uroczystością przyjechał do nas minister prowincjalny (czyli nasz szef) z wizytą braterską. Mieszkał z nami przez 3 dni. Miałem więc okazję aby go poznać, na ile potrafiłem trochę z nim porozmawiać i ustalić kilka konkretów co do mojej obecności i pracy w Boliwii. Dzień przed uroczystością udałem się z nim do jednej z naszych kaplic dojazdowych której patronuje święty Franciszek, tam razem sprawowaliśmy Eucharystię. Samą uroczystość św. Franciszka z Asyżu wyjątkowo spędziłem w Yotau, gdzie znajduje się kościół pod wezwaniem naszego zakonodawcy. Uczestniczyłem w Eucharystii której przewodniczył nasz biskup, a homilię wygłosił minister prowincjalny. 
Msza Święta rozpoczęła się z „lekkim” poślizgiem ponieważ … o godzinie w której miała się rozpocząć nie było jeszcze ludzi w kościele …tutaj to jest częste wydarzenie. Była to dobra okazja aby spotkać się ze współbraćmi i poznać nowych kapłanów, którzy pracują w naszym wikariacie. Po pewnym czasie jakoś mi się śpieszyło, aby wracać. Sam nie wiem dlaczego … oczywiście czekała na mnie praca, obowiązki, ale na świętowanie też musi być czas … praca nie zając nie ucieknie, a ja zniecierpliwiony muszę się nauczyć celebrować tutejsze fiesty. Był to piękny czas, warto było tam jechać, mimo iż w drodze modliłem się o to, aby nie zabrakło mi paliwa.




Komentarze