Niecodzienna codzienność

Spokój, harmonia, stały, spokojny i zaplanowany rytm życia - każdy by tak chciał, ale w moim przypadku jest to nie do osiągnięcia…
Moja codzienność w Boliwii jest bardzo urozmaicona. Oczywiście po porannych modlitwach i śniadaniu zaczyna się prawdziwy młyn. Nigdy jeszcze nie udało mi się spokojnie zaplanować dnia, a jeśli coś zaplanowałem to tego planu nie zrealizowałem. Dlaczego? Bo codzienność mnie zawsze zaskakuje.
W tygodniu mam około dwa dni kiedy do południa idę do szkoły podstawowej, aby z dzieciakami uczyć się języka. Jak już to opisywałem w jednym z wcześniejszych moich postów wygląda to bardzo komicznie. Wchodząc do klasy wszyscy wstają i witają nie słowami „dzień dobry kolego”. Ja oczywiście im odpowiadam i udaję się do mojej ostatniej ławki. Wtedy jak nauczycielki nie ma to zostaję otoczony przez dzieciaków, które pokazują mi swoje zeszyty, abym był na bieżąco z materiałem oraz przekazują mi do przeglądania ich podręczniki, abym się z nich pouczył. Największą trudność w szkole i podczas lekcji sprawia mi to, że … trudno się zmieścić w tych małych szkolnych ławkach. Jednakże poranki czasami spędzam wyjeżdżając na wioski aby spowiadać ludzi i sprawować Eucharystię. 
Ostatnim razem wraz z bratem zakonnych przyjechałem do pewnej miejscowości, aby odprawić mszę. Zadając im pytanie kiedy ostatni raz mieli Eucharystię usłyszałem … 20 lat temu … potraktowałem to jako żart, ale kiedy zacząłem odprawić msze widziałem, że ludzie za bardzo nie wiedzieli co odpowiadać i jak się zachować. Czyli ostatni raz Eucharystia może nie była 20 lat temu ale na pewno dawno temu. Ustaliliśmy z ludźmi kolejny termin spotkania, aby zrozumieli że będą mieli kapłana. Może nie co tydzień, bo fizycznie, czasowo i finansowo trudno to zorganizować. Ale raz na dwa tygodnie będzie wizyta u nich. 
W ubiegłą niedzielę, wybrałem się do najbardziej oddalonej wspólnoty – to jest około 120 km od mojego miejsca zamieszkania. Po długiej podróży przybywając na miejsce niestety nie zauważyłem nic przygotowanego do Eucharystii, choć ludzie powinni wiedzieć o niej. Eucharystii nie było. Wcześniej tydzień temu tam przyjechałem i prosiłem jedną panią aby ogłosiła w wiosce, że w niedzielę będzie msza. Chyba tego nie zrobiła, ale nie będę jej osądzał – mówi się trudno i jedzie się dalej. Na szczęście miałem drugą Eucharystię zaplanowaną i ustaloną z ludźmi którzy mieszkają około 20 km od tej miejscowości. Ci na szczęście przyszli na mszę którą sprawowałem na boisku szkolnym. 
Ostatnio często towarzyszy mi sytuacja, kiedy jadę sporo kilometrów do ludzi a jak już przyjeżdżam na wioskę z myślą że odprawię dla ludzi mszę - okazuje się że nic z tego. W miejscowościach, gdzie nie ma kaplicy sprawuję sakramenty w szkole. Oczywiście wcześniej trzeba to wszystko ustalić z dyrektorem szkoły, ludźmi i dobrze byłoby gdyby o tym wiedział „szef wioski”, bo mimo iż jestem ich księdzem to jednak dla nich czasami pozostaję gościem … a gość ma swoje prawa i obowiązki.
W pewnej wiosce kiedy odprawiłem Eucharystię i pospowiadałem ludzi, jedna kobieta na pożegnanie mi powiedziała: „Padre, nie zapomnij o nas”. Czy można o nich zapomnieć … myślę że nie, ale czasami trudno do nich przyjechać i w tym jest problem. Najchętniej to spędzałbym cały dzień w samochodzie jeżdżąc do tych ludzi na wioski, ale widzę że fizycznie i psychicznie nie jestem w stanie być na ciągłych obrotach.
Codzienność mnie zawsze zaskakuje … ale może właśnie na tym polega codzienność na misjach …


Komentarze