piątek, 28 października 2016

W kupie siła


Grupa przyjaciół, dobrych znajomych wśród których się znajdujemy zazwyczaj dodaje nam odwagi, często jest miejscem gdzie budzą się nasze inspiracje, nowe pomysły … tak było i w moim przypadku …
Ostatnie pięć dni spędziłem w naszym klasztorze, który znajduje się w Taracie. Powodem mojego przyjazdu i pobytu było to, co dzieje się w naszej boliwijskiej franciszkańskiej prowincji zakonnej. Wszyscy bracia zostali tutaj wezwani, aby zastanowić się nad przyszłością franciszkanów w Boliwii. Sprawa jest dosyć poważna, ponieważ tutejsza prowincja zakonna bardzo zmalała liczebnie. W konsekwencji zakonnicy, którzy są powołani do życia we wspólnocie – mieszkają sami w oddalonych miejscowościach, w ten sposób służąc ludziom poprzez posługę sakramentalną i duszpasterską. Misje są dla nas bardzo ważne, ale jako bracia mniejsi nie możemy zapomnieć, że mamy także powołanie zakonne – i dlatego spotkaliśmy się aby wspólnie porozmawiać, pomodlić się i zastanowić się co dalej.
Oczywiście spotkanie nasze nie rozwiało wszelkich wątpliwości jakie mamy, nie dało rozwiązań na konkretne problemy z którymi się na co dzień borykamy, ale na pewno było owocne w tym, że umocniliśmy nasze więzi braterskie i na nowo odkryliśmy naszą tożsamość franciszkańską. Ja osobiście bardzo pozytywnie wspominam ten pobyt, gdzie mogłem się na spokojnie pomodlić, poznać moich nowych braci pracujących w Boliwii i porozmawiać z nimi. Przyjechali także współbracia z innych polskich prowincji zakonnych, którzy tutaj pracują. Dzięki temu, że Polacy byli razem ze mną, mogłem troszeczkę zaczerpnąć od nich doświadczenia, które niewątpliwie przyda mi się na Guarayos.
Tarata znajduje się na wysokości około 2400 metrów n.p.m. (choć jak pytałem tutejszych o wysokość to zdania były podzielone). Podczas wspólnego pobytu wielu współbraci miało problemy sercowe oraz z oddychaniem. Trzeba było pić herbatę z mate i liśćmi koki, aby organizm mógł przyzwyczaić się do wysokości. Bo im wyżej tym trudniej się oddycha, ponieważ powietrze jest rzadsze. To jest tak zwana choroba wysokościowa. Nie wszyscy potrafią prawidłowo funkcjonować w takim klimacie i górskiej wysokości. Ja na szczęście problemów z oddychaniem nie miałem, wręcz przeciwnie bardzo dobrze się czułem. Mogłem się tutaj spokojnie pomodlić, spotkać z braćmi, wyspać się, duchowo i fizycznie wypocząć przez te pięć dni. Na co dzień na Guarayos bardzo dużo się dzieje, a tutaj miałem czas aby duchowo się pozbierać do kupy.
Ogólnie mój przyjazd tutaj do Taraty, gdzie mamy klasztor i ośrodek rekolekcyjny był pod wielkim znakiem zapytania. Wszystko za sprawą wizy, a dokładnie jej braku. Jak już kiedyś opisywałem, przylatując do Boliwii dostałem wizę na 30 dni; tak się stało że 17 października skończyła mi się ona. Aby dostać się do Taraty musiałem lecieć samolotem z Santa Cruz do Cochabamby, jednakże żeby lecieć samolotem trzeba mieć ważną wizę i tu się pojawił podstawowy problem. Dlatego ja cztery godziny przed wylotem jeszcze szybko musiałem jechać do urzędu emigracyjnego, aby przedłużyć wizę, w przeciwnym razie bilet i pieniądze za samolot mi przepadną. Dzięki Bogu kolejka była kilkudziesięcioosobowa i na czas dotarłem już z wizą na kolejne 30 dni na lotnisko, gdzie spokojnie mogłem zrealizować swój lot.
Oczywiście powrót z Taraty do codziennego młynu jest bardzo trudny, ale konieczny. Byłem na górze i musiałem zjechać na niziny Guarayos – to tak jak zejście z Góry Tabor, gdzie się doświadczyło przemienionego Boga i Jego działania; do codziennego życia, które nie raz kopnie człowieka w tyłek. Ale to zejście jest konieczne. Swoją drogą tak sobie myślę, jak bardzo człowiek potrzebuje od czasu do czasu chwili przerwy, aby przemyśleć swoje życie, podreperować relację z Bogiem i spotkać się z innymi ludźmi … bardzo to pomaga, aby z nowym zapałem i innym spojrzeniem na nowo podjąć codzienne obowiązki.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.