poniedziałek, 31 października 2016

Wrażliwość

Jako ludzie jesteśmy wrażliwi na krzywdę, wzruszamy się podczas wielkich i rodzinnych uroczystości typu: pogrzeb, ślub, sukces zawodowy. Poczucie empatii oraz współczucia często nam towarzyszy. Choć z charakteru jestem osobą która rzadko się wzrusza to jednak ostatnia podróż na wioskę mnie wzruszyła …
 Jak w każdą niedzielę robiłem sobie objazdówkę po wioskach w celu sprawowania sakramentów.  Swoją drogą często się zastanawiam jak bardzo poczucie spokojnej niedzieli uciekło mi sprzed nosa. Bo zazwyczaj niedziela dla ludzi to dzień odpoczynku, relaksu, spędzenia go z rodziną, ale nie w przypadku kapłanów, misjonarzy. Tutaj niedziela mija nam w samochodzie, rano ledwie coś zjem już trzeba wskakiwać w auto aby dojechać na wioski. Jeśli na przykład mam do odwiedzenia cztery lub pięć wiosek - to dzień mam z głowy. Człowiek przyjeżdża padnięty, zmęczony i jedynie na co mam wtedy ochotę to na „coś” zimnego z lodówki … i poduszkę. Ale muszę powiedzieć, że te zmęczenie ma pozytywny oddźwięk – niby człowiek jest bez sił, ale jest zadowolony i radosny, ponieważ zrobiło się coś dobrego. Nie ma się co użalać, bo w końcu od tego są misjonarze, nie przyjechaliśmy tutaj na wczasy, ale do pracy.
Wracając do tej niedzielnej objazdówki … kiedy w mojej „parafijce” którą zajmuję się jako „tymczasowy proboszcz” (San Pablo) zakończyłem niedzielną Eucharystię i wygłupy z młodzieżą, ministrantami i dzieciakami (jakoś tak spokojnie nie mogę wyjechać) zabrałem jedną ministrantkę i chłopaka który gra na gitarze i ruszyliśmy na podbój wioski, gdzie ostatnio nie było Eucharystii ponieważ ludzie nie przyszli, albo z powodu braku kapłana przeszli do sekty. Po przyjeździe na miejsce gdzie jest mała kapliczka … zobaczyłem … tłum ludzi, który z entuzjazmem oczekiwał na kapłana, ludzie z trąbkami, flagami i kwiatami nie mogli się doczekać na mój przyjazd … oczywiście żartuję :-) … nikogo tam nie było … tylko kurz, piasek i ja z dwoma młodymi w samochodzie. Ludzie byli w wiosce, ale nie zainteresowani kapłanem. Kiedy wyszliśmy z samochodu wchodząc do kapliczki podpadło mi to, że wcześniej jak tam byłem to widziałem na stoliku figurkę Matki Bożej, bo ta kapliczka chyba Jej była poświęcona; a tym razem figurki nie było … dopiero po pewnym czasie chłopak, który ze mną był zauważył leżącą figurkę obok, przewróconą. Ale to co on zrobił to wewnętrznie mnie wzruszyło. Z wielkim szacunkiem, podniósł figurkę, ubolewając nad tym, że tak potraktowano rzeczy święte … położył figurkę na stoliku, przyozdobił szatami, bo Matka Boska musi mieć tutaj swoją sukienkę, ułożył obok kwiaty … a wszystko robił z wielką pobożnością i starannością. Muszę powiedzieć, że swoją postawą wiele mnie nauczył.
Eucharystii tam nie sprawowałem, pomodliliśmy się tylko do Matki Boskiej i ruszyliśmy w drogę powrotną. Za tydzień znowu tam przyjedziemy, aż w końcu ktoś przyjdzie, zainteresuje się … ruszy go sumienie. Interesuje mnie tylko to, że za każdym razem jak mam tam przyjechać to wcześniej dzwoni się do jednej osoby aby ogłosiła ludziom, że przyjedzie kapłan … a tu nic. Nie wiem dlaczego? Może specjalnie to robią - bo albo im nie zależy, albo są w sekcie i z premedytacją nie informują ludzi. Nie wiem, ale wiem jedno że to się musi zmienić, nie po to cisnę do nich tyle kilometrów, żeby sobie pooglądać przewróconą figurkę i pustą kapliczkę. Następnym razem zadzwonimy do szefa wioski, albo jego zastępcy – ci już muszą to ogłosić ludziom. Bo jak nie … to znowu tam przyjadę … aż do skutku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.