piątek, 11 listopada 2016

Autobus

Przygody misyjne których można doświadczać w pracy w Boliwii dotyczą nie tylko pracy w dżungli, na wioskach … ale także obejmują pobyt w urzędach i załatwianie dokumentów …
Czas w Boliwii bardzo szybko mi leci i nim się obejrzę już trzeba będzie w przyszłym miesiącu wracać do Polski … oczywiście żartuję :-) z tym powrotem … ale nie z tym, że szybko mija mi tutaj pobyt. W konsekwencji muszę co jakiś czas opuszczać Guarayos i udać się do „cywilizowanego” miasta – Santa Cruz, aby uregulować swój pobyt w urzędach. Z racji tego, że w przyszłym tygodniu kończy mi się wiza – nie miałem wyboru i spontaniczne rano zaplanowałem wyjazd do Santa Cruz, aby w urzędach pozałatwiać sprawy. Postanowiłem więc wyjechać w południe „flotą” czyli autobusem, który późnym popołudniem dociera do Santa Cruz. Kulturalnie kupiłem bilet usiadłem z przodu w autobusie i rozpoczęła się przeszło pięciogodzinna podróż.
 Na początku miałem w planie pouczyć się hiszpańskiego, pomodlić się … ale nic z tego nie wyszło, dlaczego? Kierowca autobusu głośno (tak jak mają to tutaj w zwyczaju) włączył muzykę – ale żeby była to jakaś normalna muzyka … nie. Gościu włączył radio albo jakąś piracką płytę i co jakiś czas powtarzały się te same piosenki. Na początku podobało mi się ale jak się słyszy jedną i tę samą piosenkę któryś raz z kolei … i to głośno to zaczyna się człowiek denerwować. Na szczęście po pewnym czasie chyba mu się znudziło i zmienił radio, ale ludziom się to podobało … jeden chłopak tak się wczuwał w piosenki, że tak mocno wybijał sobie rytm piosenek, iż cały jego fotel i zarazem mój także się trząsł – siedziałem obok niego. Jednakże nie zwróciłem mu uwagi, ponieważ był bardzo sympatyczny – zagadał do mnie i wymieniliśmy kilka zdań.
Oprócz muzyki, która na początku wywarła w autobusie na mnie wielki wpływ to była jeszcze jedna rzecz która mnie zaskoczyła … wyjeżdżając z Ascencion była piękna, upalna, słoneczna pogoda, ale podczas jazdy diametralnie się ona zmieniała. Zaczął wiać silny wiatr, padał ulewny deszcz więc z jednej strony się cieszyłem, ponieważ trochę zrobiło się rześko, ale potem mnie ta sytuacja zmartwiła bo nie zabrałem ze sobą żadnej ciepłej buzy. Kiedy przyjechałem do Santa Cruz deszcz przestał padać, ale było chłodno, więc czym prędzej udałem się do naszej „bazy misyjnej” – czyli klasztoru. Tam spędziłem miły wieczór, ponieważ okazało się że przyjechali również znajomi Polacy, którzy także pracują tutaj na misjach… więc wieczorem był czas aby trochę porozmawiać … itd.
 Rano wstałem i dałem się do urzędu, gdzie na godzinę 9:00 byłem umówiony z jedną kobietą, która pomaga mi załatwiać dokumenty. Przybyłem punktualnie, ale okazało się, że kobieta, która mi pomaga ma problemy zdrowotne i wysłała inną kobietę która miała mi pomóc – a którą miałem znać – niestety nie znałem jej, bo wszyscy tutaj wyglądają tak samo … podobnie jak Chińczycy w Chinach – na pierwszy rzut oka wszyscy tacy sami. Nie pozostało mi nic innego jak usiąść w urzędzie dla obcokrajowców przy drzwiach i wypatrywać, aż przyjdzie jakaś kobieta, która miała mi pomóc. Z zewnątrz komicznie to wyglądało, bo obserwowałem wszystkie kobiety które wchodziły do urzędu, gdyż nie wiedziałem czy ta kobieta mnie rozpozna. Po pewnym czasem dosiała się obok mnie pewna babka i tak siedzieliśmy sobie razem. Po godzinie rozpoczęła ona rozmowę … i okazało się że jest ona znajomą tej kobiety, która ma mi pomóc – tak działa Opatrzność Boska. Pogadaliśmy trochę i ona zadzwoniła do tej kobiety … w sumie czekałem półtorej godziny na nią, myślałem, że tam jajco zniosę… ale prawdziwe jaja rozpoczęły się wtedy, kiedy ona przybyła i zaczęliśmy załatwiać te dokumenty …
Najpierw w urzędzie mówili mi, że nie mam wszystkich dokumentów (a w rzeczywistości miałem wszystko – tylko urzędnicy nie widzieli – chyba sześć razy wracaliśmy do okienka aby pokazać, że jednak mamy wszystkie pisma).
Kiedy już okazało się, że jednak mamy wszystko ja wędrowałem od okienka do okienka, podpisywałem papiery, które „średnio rozumiałem”. Urzędnicy zadawali mi pytania a ja udawałem mądrego, kiwałem głową, coś tam powiedziałem … ale ich nie rozumiałem – normalnie komedia … W końcu pozałatwiałem dokumenty, ale i tak za dwa tygodnie muszę wrócić do urzędu, aby załatwiać resztę papierów.
Po wyjściu obliczyłem sobie, że zdążę na autobus, który jedzie na Guarayos. Pośpiesznie udałem się na dworzec autobusowy i wsiadłem do autobusu. Wiedziałem, że czeka mnie ponad pięć godzin jazdy … to trochę może się zdrzemnę w autobusie … niestety nie zdrzemnąłem się, bo już wyjeżdżając z dworca przyszła kobieta i od każdego z pasażerów pobierała opłatę za to, że nasz autobus miał postój na dworcu, w Polsce tego nie ma … ale tu jest Boliwia więc każdy wyskakiwał z kasy i płacił … takie zwyczaje tu mają. Kiedy zapłaciliśmy autobus ruszył … i nagle wstaje jakiś facet i wszystkim w autobusie zaczyna robić wykład na temat chorób skóry, grzybów, które powodują zmiany skórne … ale chłop się nagadał, a kiedy zakończył swój „grzybiczny wykład” zaczął sprzedawać jakieś preparaty przeciwgrzybiczne i mydło kokosowe … i tak biznes się tutaj kręci.


Pobyt w Boliwii to jest dla mnie prawdziwa lekcja cierpliwości. Jeden z moich współbraci, kiedyś powiedział mi tak: „jak przyjechałeś do Boliwii z cierpliwością – to tutaj ją stracisz; jak przyjechałeś do Boliwii bez cierpliwości – to tutaj się jej nauczysz”. Ja szczerze mówiąc zawsze uważałem siebie za człowieka cierpliwego, ale tutaj codzienność misyjna sprawiła, że straciłem cierpliwość … i zaczynam się jej teraz od nowa uczyć…


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.