Bigos, goście i grill

W ciągu roku przeżywamy różne uroczystości, które są dla nas ważne: święta, rocznice, imieniny … a ja ostatnio przeżywałem urodziny – moje pierwsze urodziny w Boliwii …
Kiedy szykujemy się na wyjątkowe uroczystości to zazwyczaj już same przygotowania pochłaniają trochę czasu, pieniędzy i nerwów. Każdy z nas chce jak najlepiej przyjąć gości, zaproponować im coś dobrego do zjedzenia i wypicia, a jeśli to wszystko zakończy się „happy endem” bez bójki, kłótni i innych podziałów to uważany spotkanie za udane. Gorzej czasami jest na drugi dzień, kiedy ponosi się przykre konsekwencje zbyt wielkiej  nachalności i gościnności gospodarzy - w postaci kaca, ale jak to mawiał jeden mój dobry znajomy – wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. Wiec mając w świadomości zbliżające się urodziny trzeba było się przygotować … psychiczne, dlaczego akurat przygotowanie psychiczne było takie ważne? Ponieważ po pierwsze osobiście nie lubię urodzin i innych uroczystości podczas których uwaga ludzi skupiona jest na mojej osobie i muszę być wtedy miły, uśmiechnięty, życzliwy oraz dostępny dla wszystkich – niestety moja natura jest troszeczkę inna … lubię ludzi, ale jestem takim samotnym włóczykijem, wagabundą … więc urodziny osobiście mnie męczą. Po drugie przygotowanie psychiczne było ważne, ponieważ nie wiedziałem: jak tutaj celebruje się urodziny, co trzeba ugotować, kupić, jakie są zwyczaje … w końcu to były moje pierwsze urodziny w Boliwii.

Zatem już w przeddzień moich urodzin, siostry zakonne, które mieszkają niedaleko postanowiły mi towarzyszyć w świętowaniu… czyli po prostu babki same wprosiły się na przed urodzinową imprezę. Nie pozostało mi nic innego jak „ucieszyć się serdecznie” z ich pomysłu i trzeba było cośik przygotować do zjedzenia, a że ja w kuchni lubię bardzo przebywać – i to nie w sensie gotowania ale jedzenia i próbowania potraw – szybko myślałem nad tym, co jestem w stanie sam upichcić? Sam jedynie co mogę zrobić w kuchni to … zagotować wodę :-). Ale pozbierałem się wewnętrznie, poprzeglądałem półki i znalazłem – kapustę. Postanowiłem zrobić bigos … a co niech siostry zakonne skosztują polskiej kuchni. Problem był w tym, że jeszcze nigdy nie robiłem bigosu … ale od czego ma się rodzone siostry. Na szczęście „miałem” jeszcze trochę internetu i zasięg był w miarę dobry więc przez whatsappa zadzwoniłem do polski do moich sióstr z prośbą o radę. Po zasięgnięciu opinii i tak zrobiłem bigos po swojemu … Ci którzy go jedli pochlebnie się o nim wypowiadali i nim się obejrzałem po bigosie zostały tylko wspomnienia i brudne garnki. Swoją drogą na misjach człowiek wszystkiego się nauczy – gotować także.
W sam dzień urodzin przyjechało do mnie trzech moich współbraci Polaków którzy pracują w Boliwii, aby razem ze mną towarzyszyć mi w świętowaniu. Przygotowaliśmy mięso na grillu, bo tak tutaj jest w modzie. Oczywiście zjedliśmy dobry obiad (ale bigosu już nie było) a wszystko w piękniej przystrojonej jadalni – a to za sprawą młodzieży, która zrobiła piękny napis na ścianie: „Feliz cumpeaño” czyli szczęśliwych urodzin – nawiasem mówiąc napisali to z błędem :-) ale trzeba się cieszyć. Przypuszczam, że nie zrobili tego tak sami od siebie – charytatywnie. Najprawdopodobniej poprosił ich o to mój współbrat, ale liczy się fakt, że zrobili. Natomiast najfajniejsza była moja msza urodzinowa … w kościele było około 20 ludzi :-) z czego połowa to przy ołtarzu, dlaczego tak mało – nie wiem, zazwyczaj w tygodniu na tej mszy jest sporo ludzi – czyli ponad 100, ale chyba ludzie mieli jakieś spotkanie, więc ja sobie spokojnie w koncelebrze sprawowałem Eucharystię. Przez cały dzień odbierałem życzenia które przesyłano mi z Polski na różne sposoby. Były to piękne, spokojne urodziny, po których obudziłem się o normalnej porze, wypoczęty … bez bólu głowy. Dziękuję wszystkim za życzenia – a pieniądze można przesyłać na moje konto :-)

Komentarze