piątek, 4 listopada 2016

Tam, gdzie kończy się droga

Zawsze myślałem, że ja jako wagabunda, wędrowiec, podróżnik zawsze będę miał wyznaczone miejsce, dokąd będę mógł spokojnie podążać. Niestety czasami okazuje się, że dalej nie można podążać bo … skończyła się droga.
Czas uroczystości Wszystkich Świętych spędziłem na poznawaniu nowych wiosek, gdzie chciałem celebrować Eucharystię i pobłogosławić ludziom cmentarze. We wtorek wybrałem się więc z dwoma Boliwijczykami (z czego jeden z nich to jest brat zakonny) i udaliśmy się do dosyć oddalonej wioski. Zabraliśmy mój pikap i pozwoliłem Boliwijczykowi prowadzić samochód … i to był mój błąd. Droga była kiepska, wiele podjazdów, zjazdów, dziur, zakrętów, krów na drodze – a Boliwijczyk w swoim żywiole – prowadzi samochód (albo raczej pędzi jak rakieta, a przy tym bardzo nieostrożnie). Myślałem że po drodze albo auto się rozleci, albo wyskoczę przez okno … albo po prostu zwymiotuje … następnym razem dwa razy się zastanowię, aby dać Boliwijczykowi auto do prowadzenia. Choć sam lubię szybką jazdę to mimo wszystko – wolę żyć i czasami staram się przewidzieć pewne manewry – w przeciwieństwie do tutejszych ludzi.
Mimo wrażeń które można porównać do jazdy kolejką górską w wesołym miasteczku – szczęśliwie dotarliśmy na miejsce. Nie było to łatwe, ponieważ droga się skończyła. Pojawiła się ścieżka na której ledwo mieściłby się motor, a my musieliśmy się tam dostać samochodem. Więc między drzewami próbowaliśmy się jakoś przedostać. Na tyle ile szło – próbowaliśmy jechać dalej. Nawiasem mówiąc: na drogi boliwijskie często się narzeka – jak jest już asfalt to są w nim dziura na dziurze. Jak asfaltu nie ma a popada deszcz to jest jedne wielkie bagno – ale mimo wszystko ta droga jest, a co wtedy kiedy drogi nie ma lub się skończy? Wtedy docenia się dziurawy asfalt i błotnistą drogę  :-)
Jednakże przyszedł moment, że trzeba było wysiąść z samochodu i dalszą drogę pokonać pieszo … przez dżunglę.
 Jak doszliśmy na miejsce czyli na cmentarz, na którym widziałem jeden albo dwa groby  :-) to nie pozostało nic innego jak do tych ludzi, którzy tam byli odprawić Eucharystię, która odbyła się na stojąco, ponieważ w lesie nie ma krzeseł :-) i pod palmami… czekałem tylko jak jakiś wąż zeskoczy z drzewa lub jakaś gadzina wyjdzie z lasu, ale dzięki Bogu Eucharystia przebiegła spokojnie. Pozbieraliśmy sprzęt, zamieniliśmy z ludźmi kilka zdań i udaliśmy się do innej wioski, aby także celebrować sakramenty: Eucharystii i pokuty.
Dzień Wszystkich Świętych mimo iż spędziłem w terenie to na długo pozostanie mi w pamięci, a wszystko za sprawą mężczyzn, których spotykaliśmy po drodze na wioskę. Dawno się tak nie uśmiałem, jak podczas rozmowy z nimi. Prości faceci wracający z pola albo innej roboty: umorusani jak górnik, który wyjeżdża z kopalni, gęba wypchana liśćmi koki, która dodaje im „witalności”, każdy z nich zaczyna poruszać inny wątek, miałem wrażenie że byli albo bardzo szczęśliwymi i beztroskimi ludzi, albo byli na haju…
Prosiliśmy ich, aby ogłosili ludziom, że „padre” przyjechał do wioski i będą sakramenty … na to jeden nich zaczyna naglę gadać jakie to ma plany na wybudowanie kościoła, drugiemu próbujemy wytłumaczyć że za godzinę będą celebracje, kolejny z nich (najśmieszniejszy) z radem na barkach (z rozciągniętą anteną) przemierzał wioskę – a miał tyle dopowiedzenia, że największe gaduły przy nim nie mają szans. Po prostu jaja jak berety, ale kocham tych ludzi, ponieważ są tacy naturalni i szczerzy, że rozkładają mnie na łopatki. Dogadaliśmy się z nimi; Eucharystię odprawiliśmy w jakieś stodole albo spichlerzu – nie wiem co to było. Podczas mszy jeden z mężczyzn zaczął wymachiwać rękami, klaskać i powoli zabierał się na rozpoczęcie tańca, ale się jakoś opanował. Natomiast kiedy doszło do przekazania znaku pokoju to nagle powstaje wielki szum i to dzieje się nie tylko na wioskach kiedy sprawuję Eucharystię pod gołym niebem ale także i w kościele, kaplicach. Czasami mam wrażenie, że to najważniejszy punkt mszy świętej: wtedy wielu z nich rusza ze swojego miejsca, aby jak największej liczbie ludzi przekazać znak pokoju – trudno ich potem sprowadzić do porządku, ale są w tym fajni, bo ja już zaczynam modlitwy na Ciałem i Krwią Pana Jezusa a tu nagle jeszcze jakieś dłonie pojawiają się nad ołtarzem, chcące dać mi znak pokoju. Sama radość.
Jeden z tych mężczyzn - to był chyba szef wioski, ponieważ przed rozpoczęciem Mszy zrobił wielka przemowę dla mnie i kilkunastu osób którzy tam modliliśmy się. Opowiadał długo o walorach wioski, mam wrażenie, że zrobił to po to, aby po prostu zareklamować wioskę – ale mu to nie wyszło – bo kompletnie chłopa nie rozumiałem co gada. Po Eucharystii nim mieliśmy wracać powiedział mi także, że ostatnio była u nich Eucharystia 12 lat temu. Osobiście za bardzo w to nie wieżę, ale może on rzeczywiście był ostatnio na Mszy 12 lat temu. Powodem takiego przebiegu sprawy jest to, że kiedy już kapłan przyjedzie na wioskę (a jest to nie za często, bo brakuje kapłanów) to większość tych ludzi jest poza wioską - na swoich polach i wracają dopiero na sobotę i niedzielę do swoich rodzin. Natomiast w weekendy Eucharystie mamy w większych wioskach, dlatego ci ludzie mają bardzo rzadki kontakt z nami.
To tyle … powoli kończę bo dzieciaki pod moim pokojem uczą się grać na instrumentach, jeszcze chwilę i zaraz mi głowę rozsadzi. Ale czego nie robi się do przyszłych wirtuozów …
Podsumowując uroczystość Wszystkich Świętych powiedziałbym krótko: tam gdzie kończy się droga – święci wskażą ci nowy kierunek.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.