poniedziałek, 7 listopada 2016

Wichura, deszcz i bagno

W naszej codzienności często staramy się pewne rzeczy przewidzieć, niestety wszystkiego nie przewidzisz… nawet gdybyś bardzo chciał …
W prawdzie dzień zaduszny był w ubiegłym tygodniu, ale na długo pozostanie mi w pamięci. Po tym jak w uroczystość wszystkich świętych, przy upalnej pogodzie poznawałem nowe wioski i sprawowałem sakramenty w dżungli pod palmami, tak w dzień zaduszny chciałem pojechać do wiosek które znam na co dzień, aby także na cmentarzach sprawować Eucharystię i pobłogosławić groby, gdyż niektóre cmentarze tutaj są niepobłogosławione. Dlatego z samego rana udałem się do parafii San Pablo – tak „mojej” parafii, w której jestem tymczasowym proboszczem. Dogadałem się z ludźmi że o godzinie 8:00 rano będę na cmentarzu sprawował Eucharystię za zmarłych. Wcześniej informowali mnie parafianie, że jest taka tradycja, iż 2 listopada celebruje się Eucharystię na cmentarzu. Dlatego nie stawiałem sprzeciwu, a choćbym chciał to i tak bym się nie dogadał :-) jedynie o co prosiłem, to aby przygotowali cmentarz i jakieś miejsce, gdzie w miarę godnych warunkach będziemy celebrowali Eucharystię.
Po przyjeździe na cmentarz zauważyłem posprzątany cmentarz, przyozdobione groby i co najważniejsze stolik przy którym miałem sprawować Eucharystię,  a nad nim prowizoryczny daszek z kijów bambusowych i niebieskiej plandeki. Wchodząc na cmentarz przywitałem się z ludźmi w języku guarayo: avura ve – co oznacza dzień dobry. Ministranci i młodzież która miała oprawę muzyczną – wszyscy byli przygotowani, a spory tłum ludzi oczekiwał na rozpoczęcie Eucharystii, a po niej pobłogosławienie grobów. No to ja ubrałem się w szaty liturgiczne i rozpocząłem Eucharystię … na początku Mszy Świętej mimo iż był godzina 8:15 odczuwałem jak słońce zaczyna przygrzewać i jak pot spływa mi po głowie, plecach i czym tam jeszcze mam … dzięki Bogu był prowizoryczny daszek, który robił cień i chronił mnie przed słońcem.
Jednakże po Ewangelii pogoda się zmieniała … zaczął wiać chłodny przyjemny wiatr – wtedy bardzo się ucieszyłem, ale kiedy obróciłem się za siebie … trochę się przestraszyłem bo zauważyłem ciemne chmury które nadchodziły. Nigdy wcześniej nie widziałem tutaj takich ciemnych chmur. Nie pozostawało mi nic innego jak kontynuować Eucharystię aż do czasu przeistoczenia … krótko przed przeistoczeniem zerwał się tak silny wiatr, że myślałem iż porwie minie i ten daszek, który miał chronić mnie przed Słońcem. Spojrzałem na ludzi i zauważyłem, że wielu z nich wychodziło z cmentarza bo wiedzieli co się szykuje … a ja twardziel kontynuowałem Eucharystię …. Wiał silny, porywisty wiatr niosąc ze sobą piasek, który był dookoła. Ja rękami trzymałem kielich, patenę, hostie, mszał aby mi tego nie zwiało. Po przeistoczeniu pogoda była tak fatalna, że przerwałem Mszę Świętą i ogłosiłem, że opuszczamy cmentarz i idziemy do kościoła, gdzie będzie ciąg dalszy Eucharystii. Ludzie nie protestowali, wręcz przeciwnie zgodzili się ze mną, że dla własnego bezpieczeństwa trzeba opuścić cmentarz. Hucznie i chaotycznie ruszyliśmy w kierunku kościoła. Ja trzymałem w dłoniach już Ciało i Krew Pana Jezusa i starałem się aby mi nie wywiało zakonsekrowanych hostii. Swoją drogą liturgiści chyba nie przewidzieli takich sytuacji – czasami trzeba sobie jakoś radzić, ale to wszystko robi się dla dobra ludzi i liturgii. Oczywiście mogliśmy twardo i uparcie pozostać na tym cmentarzu, ale i tak nie dokończylibyśmy tej Mszy Świętej, bo po krótkim czasie rozpoczęła się silna ulewa. My na szczęście wtedy byliśmy już w kościele, gdzie spokojnie dokończyliśmy Mszę Świętą.
Po zakończeniu tej Eucharystii miałem dalej jechać na wioski, ale widząc ten deszcz wróciłem do Ascención, gdyż wiedziałem, że popołudniu czeka mnie kolejny wyjazd. Choćbym w tym deszczu przyjechał na wioskę to ludzie i tak nie przyszliby na Eucharystię, więc stwierdziłem, że trzeba wracać. Po powrocie zjadłem spokojnie obiad i wraz z bratem zakonnym udaliśmy się do jednej wioski. Niestety w drodze do tej wioski mieliśmy spore problemy z błotem. Tutaj za bardzo nie ma asfaltu, więc kiedy popada deszcz na drodze do wiosek robi się wielkie bagno i najlepiej wtedy nie wyjeżdżać z domu bo i tak się nie dojedzie do celu … my wyjechaliśmy z nadzieją, że dotrzemy do ludzi … po pewnym czasie na drodze było takie bagno, że samochód nie był w stanie jechać ani do przodu, ani do tyłu … ugrzęźliśmy na dobre… na szczerym odludziu wyszliśmy z samochodu, zdjęliśmy habity i szukaliśmy gałęzi, desek, aby podkładać pod koła auta, bo przecież trzeba do ludzi dojechać na Eucharystię – oni czekają…
Długo nam zajęło, aż z tego bagna wyjechaliśmy – samochód cały umorusany i my także. Kiedy z wielkim opóźnieniem przyjechaliśmy na wioskę, kaplica była już zamknięta.  Ludzie czekali na nas … a że nas nie było – wrócili do domów. Więc my klaksonem w samochodzie oznajmiliśmy, ludziom że jednak mimo trudności dotarliśmy. Jedna kobieta przyniosła nam wodę abyśmy obmyli sobie przynajmniej dłonie z tego bagna. Trochę czasu zajęło, aby ludzie z powrotem przyszli do kaplicy – ale przyszli i to jest ważne. Odprawiliśmy dla nich Eucharystię, podczas której cały czas myślałem nad tym jak my wrócimy do domu, bo przecież droga jest nieprzejezdna z powodu deszczu i bagna. Po zakończeniu Mszy wrzuciliśmy na „pakę” pikapa kamienie które miały nam posłużyć w drodze powrotnej, aby podkładać je pod koła. Dzięki Bogu szczęśliwie wróciliśmy do naszego klasztoru. Teraz wiem, że kiedy zaczyna tutaj padać deszcz trzeba się mocno zastanowić czy warto wyjeżdżać na wioskę – bo mogę nie dojechać i mogę nie wrócić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.