piątek, 30 grudnia 2016

Przemowa

Boliwia ma wiele tradycji, zwyczajów. Jednym z nich to fiesty, tańce, śpiewy…
Krótko mówiąc Boliwijczycy lubią świętować. Każda okazja dla nich jest dobra do tego, aby rozpocząć fiestę. Kiedyś zostałem poproszony aby pobłogosławić budynek, który będzie zaadaptowany pod sklep. Kiedy przejechałem na umówioną godzinę czyli 16:00 - nikogo nie było. Wszyscy byli na zewnątrz przygotowując już jedzenie, które wieczorem będzie używane podczas świętowania. Przyszedł właściciel budynku i kilka osób, wspólnie pomodliliśmy się, pobłogosławiłem sklep; jako podziękowanie dostałem butelkę coca-coli i wróciłem do siebie. Kiedy wieczorem wracając z wioski przejeżdżałem obok tego sklepu widziałem, że impreza rozkręciła się na dobre. Tacy są właśnie Boliwijczycy. Nocna głośna muzyka, tańce, wystrzał jakieś petardy to tutaj normalka. Kiedy opowiadam im, że w Europie mamy ciszę nocną to nie potrafią w to uwierzyć jak to możliwe, że w nocy ma być cisza.
Jakiś czas temu przyszła do mnie dziewczyna która pomaga nam w duszpasterstwie i poprosiła mnie abym pobłogosławił jedną salę klasową. Rzuciła mi jakąś godzinę o której ludzie mieli tam na mnie czekać, więc ja szybko zabrałem obrzędy, stułę, wodę święconą i ruszyłem w drogę. Kiedy przyjechałem do szkoły widziałem, że będzie wielka fiesta. No to ja żeby nie marnować czasu chciałem rozpocząć modlitwę … i się zmywać, ale kierownictwo szkoły powiedziało, że jeszcze nie bo nie przyjechał burmistrz. No to potulnie jak baranek czekałem na niego przy stole. Błogosławieństwo miało być około 10:00, burmistrz przyjechał przed 11:00. No to jak już się pojawił, po moim oczekiwaniu chciałem zabrać się do błogosławieństwa tej klasy … niestety kierownictwo powiedziało, że najpierw muszą być występy dzieci. No to ja znowu pokornie siedziałem przy stole i czekałem aż dzieci zakończą swoje artystyczne pokazy. Następnie odśpiewaliśmy hymn Boliwii … potem był hymn Guarayos … następnie był hymn Santa Cruz … czekałem aż w końcu zaczną grać „poszła Karolinka” ale na szczęście zakończyli śpiewanie hymnów.
Kiedy występy dobiegły końca to ja już pełen nadziej, że pobłogosławię w końcu tą klasę i wrócę do siebie; chciałem rozpocząć modlitwę … ale kierownictwo powiedziało że jeszcze nie bo teraz muszą być przemowy. No to ja znowu pokornie jak baranek usiadłem przy stole i czekałem … i czekałem … i słuchałem przemów: nauczycieli, burmistrza, jakiegoś kierownika którzy gadali … gadali … gadali …Zaskoczeniem było dla mnie to, że w końcu chcieli żebym i ja zrobił jakąś przemowę :-) Wtedy myślałem że spadnę z krzesła, jak to ja? Nie jestem przygotowany? Wszyscy gadali jak ksiądz na kazaniu a ja? No to wstałem i bez przygotowania powiedziałem tak moją przemowę: 
Dziś mamy wielki dzień dla nas wszystkich, dla dzieci i nauczycieli. Potrzebujemy dobrej edukacji, dlatego życzę wszystkim wszystkiego dobrego i gorące brawa dla wszystkich” :-) 
Była to najkrótsza przemowa, a że Boliwijczycy lubią klaskać to pochwycili mój apel o brawa i tak zakończyli moja gadkę. Po mojej „płomiennej” przemowie podszedłem z burmistrzem do wyremontowanej klasy, ten przeciął wstęgę a ja pobłogosławiłem: klasę, park zabaw; po czym zwinąłem się z powrotem do siebie. Jedno błogosławieństwo które miało trwać max. 10 minut zamieniło się w dwugodzinne posiedzenie.
 Może jestem trochę niecierpliwy i narwany; lubię mieć poukładany czas, ale te fiesty boliwijskie uczą mnie, że w życiu liczy się nie tylko praca, ale także rodzina, czas spędzony na wspólnym cieszeniu się z osiągniętego celu. Świętowanie dla nich jest ważne. Dla mnie nie raz jest to strata czasu, ale z drugiej strony sobie myślę, że czas poświęcony dla drugiego człowieka, dla rodziny dla radości i cieszenia się z tego co się ma – czy może być czasem straconym?

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Dzieciątko

Czas szybko biegnie i nim się obejrzałem to pierwsze święta Bożego Narodzenia mam już za sobą. Na całym świecie chrześcijanie obchodzą te same pięknie i wyjątkowe „urodziny Pana Jezusa”. Jednakże towarzyszą temu różne lokalne zwyczaje i tradycje.
Wigilię Bożego Narodzenia spędziłem na odwiedzinach wiosek. Rano razem z bratem zakonnym wsiadaliśmy do samochodu i wyruszyliśmy do dwóch wiosek aby tam sprawować sakramenty. Po dłuższej podróży kiedy przyjechaliśmy do pierwszej wioski okazało się … że ludzie wyjechali z wioski. Dlaczego? Na wielu wioskach sporo ludzi pochodzi z zupełnie innych regionów Boliwii – jest to polityka państwowa polegająca na przesiedlaniu Boliwijczyków – tematu polityki nie będę kontynuował bo po co sobie psuć nastrój. Tak jest w przypadku tej wioski do której przyjechaliśmy, ludzi nie było ponieważ wyjechali do swoich rodzinnych stron aby spędzić święta. Nie pozostało nam nic innego jak wsiąść do samochodu i wyruszyć do drugiej wioski. Jak już dojechaliśmy na kolejna wioskę okazało się … że ludzi wyjechali … Ta wioska ma podobną sytuację co poprzednia. Mieszkańcy tej wioski także wybrali się w swoje rodzinne strony na święta. No to czas wracać … nic tu po nas.
Po powrocie do Ascencion zjadłem obiad i wyruszyłem do parafii San Pablo, aby tam z ludźmi rozpocząć celebracje świąteczne. W tym regionie gdzie pracuję ludzie spożywają wieczerzę wigilijną po pasterce, która jest o 22:00. Całe celebracje – nabożeństwo i jasełka rozpoczęły się o 21:00. Kiedy zakończyłem wszystko, wsiadłem do samochodu aby wrócić do mojej „bazy noclegowej”. Jak wróciłem to było po północy. Przebrałem się i poszedłem do sióstr zakonnych, które mieszkają niedaleko aby złożyć życzenia. Siostry już skończyły kolację więc ja szybko złożyłem im życzenia, zjadłem co miałem zjeść, wypiłem co miałem wypić :-) i wróciłem do siebie … i tak przeżyłem wigilię. Sama wigilia tutaj na Guarayos w Boliwii to podobnie jak w Polsce czas spędzony w rodzinie. Ludzie po pasterce zaczynają kolację w rodzinnym gronie. A co jedzą na wieczerze wigilijną? Odpowiedz jest krótka – to co mają. Nie ma tutaj jak w Polsce, że są specjalne świąteczne dania. To na co stać ich to jedzą, z tym że nie potrawy są tu najistotniejsze ale rodzina, która może się spotkać. Ja po pasterce rozdałem prezenty które przygotowałem dla ministrantów i dorosłych, którzy pomagają mi w pracy – żadne skarby to nie były ale głównie słodycze i ciasto z których bardzo się ucieszyli.
W Boże Narodzenie rano wyjechałem na wioskę aby sprawować sakramenty. Następnie wróciłem na obiad, który zjadłem u sióstr zakonnych i dalej ruszyłem w drogę aby w dwóch innych miejscach odprawić Eucharystię. Przyjechałem do siebie wieczorem i mogłem na spokojnie położyć się w moim hamaku, aby choć przez chwilkę popatrzeć na migające kolorowe światełka które rozwiesiłem sobie w pokoju. Z całych świąt Bożego Narodzenia na długo w pamięci zostanie mi przedstawienie przed pasterką, które zaprezentowali dzieci i młodzież w parafii San Pablo. Wszyscy pięknie się przyłożyli do odgrywania swoich ról. Jednakże podczas przedstawienia dziewczyna i chłopak, którzy odgrywali rolę Maryi i Józefa w momencie narodzenia Pana Jezusa mieli na swoich dłoniach nie lalkę ale żywego niemowlaka, który nagi mający chyba trzy miesiące zagrał główną rolę – samego Pana Jezusa. Dziecko było wyjątkowo spokojne. Było to niesamowite doświadczenie – pierwszy raz w życiu takie coś widziałem i pomogło mi to uświadomić sobie jak malutkie, słabe i bezbronne było Dzieciątko Jezus.

piątek, 23 grudnia 2016

Coraz bliżej święta …

Przygotowania do świąt Bożego Narodzenia idą wielką parą. Sporo pracy, obowiązków, które trzeba spełnić. Trzeba jeszcze: kupić karpia, przygotować tradycyjne potrawy, umyć okna, przystroić choinkę, odśnieżyć podwórko ponieważ ubiegłej nocy nasypało metr śniegu – tak to wyglądałoby w Polsce … tutaj w Boliwii jest inaczej …
Dla mnie przygotowania do świąt mają inny charakter niż w Polsce. Inny klimat, bo Słonce mocno świeci, temperatura 34 stopnie. Nie stroi się tutaj choinek, ponieważ ich nie ma. Jedynie na targu można kupić jakieś małe, sztuczne drzewko, które miało przypominać choinkę. Więc co się tutaj stroi? Jak ktoś ma lampki to stroi się wszystko: palmy, płot, okno. Gdzie nie gdzie można kupić kolorowe łańcuchy, bombki, ale tutaj gdzie mieszkam wielu ludzi nie ma pieniędzy na takie świąteczne świecidełka i bajery więc nic nie stroją. Jest tutaj zupełnie inny klimat przedświąteczny. Oczywiście przygotowuje się też wieczerzę wigilijną, ale o niej to napiszę w następnym poście.
To, co tutaj jest dla mnie nowe i bardzo mi się podoba to zwyczaj: „posad” czy jak to tam się pisze. Zwyczaj ten polega na tym, że w adwencie a dokładnie dziewięć dni przed Bożym Narodzeniem (czyli nowenna) rozpoczyna się wędrówka „Świętej Pary” czyli Maryi i Józefa. Na dziewięć dni przed świętami uroczyście w procesji wyprowadzane są z kościoła figurki „Świętej Pary” (jeszcze nie Świętej Rodziny bo Pan Jezus jeszcze się nie narodził) i wędrują po wioskach, dzielnicach … wprowadzane są do domów gdzie przez jeden dzień domownicy modlą się a następnie kolejnego dnia figurki procesyjne przy towarzystwie dzieci, śpiewów i radości przenoszone są do innego domu.
Nim figurki wprowadzi się do domu, najpierw trzeba spełnić pewien ceremoniał: kiedy procesja z figurkami dochodzi do mieszkania, drzwi z domu zamykają się. Milknie śpiew, wszyscy w ciszy spoglądają i słuchają tego co będzie się działo: niosący figurkę przybliżają się do drzwi i zaczynają prowadzi dialog z tymi, którzy są w domu. Rozmowa, którą przeprowadzają ukazuje prośbę o wpuszczenie gdyż Maryja ma porodzić Dziecię a nie ma gdzie to uczynić. Po dłuższym dialogu drzwi się otwierają a w domu jest już przygotowany mały ołtarzyk na którym kładzie się figurki i rozpoczyna się modlitwa. Po modlitwie dzieci dostają cukierki, które wcześniej musze kupić :-) i idziemy sprawować Eucharystię. Po Mszy świętej wyjeżdżam z wioski i wracam do siebie, natomiast dzieci idą do domu gdzie jest „Święta Para” i uczestniczą w wieczornych modlitwach.
Zwyczaj ten jest mocno wkorzeniony w tutejszą kulturę. Figurek, które wędrują po domach jest kilka par, ponieważ wielu ludzi chce przyjąć i dać schronienie dla Świętej Pary. Niestety czasami jest tak, że kiedy się wychodzi procesyjne z domu z figurkami nie ma chętnych którzy otworzyliby drzwi i zaprosili do domu. Wtedy wędruje się od domu do domu ... tak jak Maryja i Józef … i prosi się o wpuszczenie … czasami jest to smutny widok, ale ludzie wtedy mogą przypuszczać co czuła „Święta Para” kiedy nikt nie chciał dać im schronienia.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

W końcu się udało

Wielu z nas chciałoby prowadzić styl życia, który pozbawiony jest trudności, problemów, porażek i wyzwań. Niestety czasami twarda rzeczywistość sprawia, że życie nie jest takie łatwe, bezproblemowe i kolorowe jak byśmy chcieli. Mimo to nigdy nie można się poddawać, zawsze trzeba mieć nadzieję …
Praca w Boliwii, która non stop mnie zaskakuje pozytywnie i mniej pozytywnie :-) zawsze pokazuje mi, że trzeba próbować, zmagać się … i mieć „świętą cierpliwość”. Tak było w przypadku jednej wioski - Santa Maria bo tak się nazywa. Choć nazwa wioski wskazuje na katolickie pochodzenie, to jednak rzeczywistość jest inna. Jakiś czas temu w jednym z moich postów napisałem, że w wyżej wspomnianej wiosce ze względu na brak kapłanów ludzie przeszli do sekty lub zostali ewangelikami. Kiedy tam przyjechałem ludzi nie ruszała moja osoba i nikt nie przychodził na Eucharystię, bo i po co jak „zmienili wiarę”. Niestety z innymi wioskami mam podobny problem, że ze względu wielkie odległości i brak kapłanów, którzy tam nie przyjeżdżali, ludzie porzucili wiarę katolicką. Zastanawiałem się co robić? Jak na nowo wskrzesić tam wiarę? Jeździłem z bratem zakonnym i szukaliśmy jakiegoś katolika. Niby ktoś tam był katolikiem, ale w efekcie jak się umawialiśmy na Eucharystię to zawsze mnie olali i wracałem. No bo niby tyle lat tam księdza nie było i teraz nagle jakiś Polak się pojawił, który chce sprawować sakramenty?
Jednak wysiłki przyniosły efekt. Pomyślałem, że jak mnie nie chcą to może kogoś „świeckiego” tam wyślę aby złapał kontakt z katolikami. W parafii gdzie posługuję jest jedna kobieta - nie budząca podejrzeń :-) która udała się w poszukiwaniu katolików. Efekt był taki że ostatnio w niedzielę pierwszy raz od mojego przyjazdu do Boliwii sprawowałem tam sakramenty: Eucharystii i pokuty. W sumie przyszło dwójka dzieci i 4 dorosłych. Ktoś pomyśli że zwariowałem, aby tylko dla nich jechać sporo kilometrów by sprawować Mszę Świętą. Może i zwariowałem, ale w końcu znaleźli się jacyś katolicy. Zabrałem więc ze sobą ministrantów i młodzież która grała na instrumentach, aby ubogacili liturgię i odprawiłem dla nich niedzielną Eucharystię. W sumie było więcej tej mojej młodzieży niż tych ludzi, którzy przyszli, ale warto było. Początki zawsze są trudne i wymagają cierpliwości. Po Mszy porozmawiałem z ludźmi i zachęciłem, aby poszukali innych katolików, po to by w kolejną niedzielę znowu się spotkać, już nie na Eucharystii (bo musze też do innych wiosek pojechać) ale na nabożeństwie Słowa Bożego, które poprowadzi brat zakonny. Chodzi o to aby zrozumieli, że mają franciszkanów, którzy chcą im towarzyszyć w drodze do Boga.
Można powiedzieć, że w jednej wiosce budzi się znowu wiara, nie wiem czy przyjdą na kolejne spotkanie, ufam że tak. Skoro ostatnio przyszli (po sporej przerwie) i zauważyli, że traktujemy ich poważnie to może przyjdą znowu – oby tym razem była przynajmniej jedna osoba więcej z ich wioski. Efekt już jakiś jest, ale niestety wiosek które mam do odwiedzin jest sporo – a i te mają podobny problem. Mam nadzieję, że małymi kroczkami i z dużą dawką cierpliwości coś tam uda się zrobić. Wiem jedno, że nie należy się poddawać.



piątek, 16 grudnia 2016

Na dwie nogi

Paweł, Sebastian, Piotr, Karol … każdy z nas ma jakieś imię. Zazwyczaj imion chrzcielnych sobie nie wybieramy. Kiedy mamy bierzmowanie już samodzielnie możemy sobie wybrać patrona. Jak ktoś wstępuje do zakonu to otrzymuje imię zakonne. Po co tyle imion?
Kiedy miałbym zliczyć moje imiona to miałbym ich cztery, a dokładniej mam czterech patronów: ze chrztu św. Paweł i św. Sebastian; z bierzmowania św. Piotr; z zakonu św. Karol. Więc mam niezłe wsparcie dzięki moim orędownikom w niebie. Każdy z nich jest inny i każdy z nich może mnie czegoś nauczyć – nawet tutaj w Boliwii; a posunę się do stwierdzenia, że szczególnie tutaj w Boliwii przypominają mi o ich obecności.
Oprócz ministrantów i młodzieży którzy mi towarzyszą w podróży i pracy duszpasterskiej, mam jeszcze dwóch niezwykłych pomocników. Rzekłbym, że są oni dla mnie autorytetem: to św. Paweł (mój patron ze chrztu) oraz św. Karol z Sezze (mój patron zakonny). Relikwie św. Karola otrzymałem od mojego prowincjała, kiedy jeszcze byłem w seminarium. Jak wyjeżdżałem do Boliwii to postanowiłem je zabrać ze sobą z Polski.
Kiedy tutaj po przyjeździe rozpocząłem prace w San Pablo zauważyłem, że w zakrystii na drewnianej półce znajdują się zakurzone i trochę zapomniane przez tutejszych ludzi relikwie św. Pawła, dlatego wyczyściłem je i dziś pięknie prezentują się na ołtarzu w kościele którego jest on patronem. Natomiast krzyż z relikwiami św. Karola zabieram ze sobą jak jadę na wioski sprawować sakramenty. Zazwyczaj w tych biednych warunkach na wioskach na stoliku, który ma mi posłużyć jako ołtarz nie ma krzyża więc świetnie spełniają swoją rolę relikwie św. Karola, które są podobnie jak relikwie św. Pawła wkomponowane w drewniany krzyż.
Pan Bóg dał mi tych to dwóch niezwykłych towarzyszy jako pomocników. Są oni niczym dwie nogi, które niosą nie w tutejszej pracy misyjnej. Św. Paweł jako jedna z bardziej znanych postaci w Kościele Katolickim, misjonarz wielu narodów inspiruje mnie swoją postawą. Z drugiej strony jest św. Karol, pokorny włoski brat zakonny, który jak biografowie podają miał pragnienie, aby wyjechać na misje, ale z różnych powodów nie było mu to dane. Teraz trochę się śmieję, żartobliwie mówiąc że skoro za życia ziemskiego nie mógł wyjechać na misje to ja go już jako świętego zabrałem na misje do Boliwii. Gdziekolwiek bym jechał i cokolwiek bym robił to wiem, że nie jestem sam. Mam wielu patronów, pomocników, orędowników w niebie. Szkoda tylko, że tak często o nich zapominam.

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Tańce przy chlebie i oranżadzie

Czytając Pismo Święte natrafimy na fragment, kiedy Pan Jezus wysyła po dwóch swoich uczniów aby wzywali do nawrócenia (Mk 6, 7-13). Jeżdżąc od wioski do wioski i głosząc Ewangelię także ja nie jestem sam … zawsze mam wyjątkowe towarzystwo.
Trasa, którą pokonuję chcąc dojechać na wioski jest długa. Kiedy wyjeżdżam z Ascencion, gdzie nocuję, zazwyczaj jadę sam do pierwszej wioski, która dla mnie jest bazą wypadową – San Pablo. Tam sprawuję prawie codziennie sakramenty i jadę dalej w teren. Dalszą drogę przeważnie już nie pokonuję sam, ponieważ jadą ze mną ministranci oraz młodzież, która gra na instrumentach. Są oni bardzo chętni na towarzyszenie mi w podróży i podczas sprawowania Eucharystii. Mnie osobiście to odpowiada, ponieważ nie jadę sam, a po drugie są oni dla mnie bardzo wielkim wsparciem, dlaczego?
Otóż ludzie na wioskach do których jeżdżę za bardzo nie wiedzą co odpowiadać i jak zachować się na Eucharystii, dlatego ministranci podczas mszy mówią kiedy wstać, kiedy usiąść, co trzeba odpowiadać … można powiedzieć że animują ich poprzez komentarze i śpiew który prowadzą. Dla ministrantów i młodzieży to jest frajda, kiedy mogą ze mną jechać, ponieważ jest to dla nich okazja, aby wyrwać się ze swojej wioski w której i tak przeważnie nic nie robią. Gdyby potrafili to nawet i dwudziestu wlazłoby mi do samochodu. Ja zazwyczaj biorę ze sobą 5 osób. Część siedzi w środku, a inni na pace samochodu. Często muzycy siadają na pace auta i podczas podróży grają na gitarach, bębnie, śpiewają – wygląda to bardzo komicznie – krótko mówiąc: orkiestra na kółkach. Ludzie na wioskach się cieszą kiedy mi towarzyszą, bo zawsze ta Msza jest bardziej żywsza no i więcej śpiewów jest podczas Eucharystii.
Kiedyś w jedną niedzielę odprawiłem w San Pablo Eucharystię i zabrałem młodych, którzy na siłę garneli się do mojego samochodu, po to aby towarzyszyć mi na jednej wiosce do której miałem jechać – więc ich zabrałem a oni się ucieszyli, ponieważ mogli służyć, grać i śpiewać na kolejnej Mszy Świętej. Jak w południe wracałem, aby ich odwieść do domów; nie wiedziałem, że nic oni nie jedli. Głodni wyjechali ze mną w teren … dla tych dzieci i młodzieży to że są głodni to coś normalnego – głównie jest to wina biedy i rodziców, którzy nie dbają o swoje dzieci … ale dla mnie ta wiadomość o ich głodzie to był cios poniżej pasa. Dopiero po przyjeździe dowiedziałem się że mają puste żołądki. Dlatego po powrocie dałem im coś do picia, aby uzupełnili płyny, ponieważ tutejszy upał jest niebezpieczny i na szczęście miałem przy sobie trochę pieniędzy aby kupić im tutejsze bułki by mogli coś zjeść.
Jak wróciłem do siebie to długo myślałem na temat ich biedy i głodu. W kolejną niedzielę postanowiłem zabrać ze sobą chleb, przyrządziłem „refresco” (napój) i jak w południe pojawiłem się na wiosce to zaprosiłem wszystkich ministrantów (chłopcy i dziewczynki) oraz muzyków aby coś zjedli. Na widok bułek, chleba i oranżady bardzo się ucieszyli. Przygotowali stół, wokół którego ułożyli ławki aby każdy miał miejsce; starsi ministranci każdemu dali plastikowy kubek do którego nalewali napój a kolejni rozdawali chleb. Wszystko odbywało się w zadziwiającym dla mnie porządku i harmonii. Kiedy już coś zjedli, nabrawszy siły wyciągnęli instrumenty i zaczęli grać, śpiewać oraz tańczyć. Niewiele wystarczyło im do tego, aby przynajmniej na chwilę zatkali głód i byli szczęśliwi … wystarczył chleb i oranżada.


piątek, 9 grudnia 2016

Zawieszony

Nie wiem jak dziś, ale przed moim wyjazdem do Boliwii w telewizji był transmitowany program, który nosił tytuł: między ziemią a niebem (a może to było odwrotnie – nie wiem :-). W każdym bądź razie nawiązując do wcześniej wspomnianego tytułu muszę stwierdzić że i ja przebywając w Boliwii czasami znajduję się między ziemią a niebem, niczym zawieszony w powietrzu …
Nie twierdzę, że potrafię latać; nie jestem iluzjonistom jak znany prawie wszystkim David Copperfield, który na oczach ludzi unosi się w powietrzu. Jednakże skłamałbym gdybym powiedział, że nie jestem w stanie przez dłuższy czas „wisieć” w powietrzu. Dziwne? Tajemnicze? Może tak … może ktoś stwierdzi że mi tutaj odbiło skoro takie rzeczy wypisuję; ale wiszenie w powietrzu tutaj w Boliwii jest na porządku dziennym … a wszystko za sprawą … prostego, zwyczajnego powszechnego hamaka :-) Jakiś czas temu mając trochę wolnego czasu, wybrałem do Ascencion i kupiłem sobie hamak. Trochę mnie kosztowało to wydatku, ale w końcu prędzej czy później musiałem go kupić. Dlaczego? Otóż hamak w Boliwii jest bardzo ważny. Przypuszczam, że znajdziemy go w Boliwii w każdym domu. Posunę się do stwierdzenia, że hamak tutaj jest ważniejszy niż stół, przy którym gromadzą się ludzie. Mocno jest on wpisany w tutejszą tradycję, kulturę i codzienne życie, gdyż posiada on bardzo praktyczne przeznaczenie. Kobieta która mi go sprzedawała, powiedziała że ten hamak wytrzyma mi 40 lat a zaznaczę, że kupiłem najtańszy jaki tam był i dodam że nie mam wątpliwości co do tego, iż długo mi posłuży (może nie 40 lat, ale długo). 
Dlaczego hamaki służą tutaj aż tak długo (niby 40 lat)? Dlaczego tutaj hamak jest taki ważny? Już odpowiadam … ludzie mieszkają tu w prowizorycznych domkach, w których niewiele się znajduje. Domki są małe a rodziny wielodzietne, więc proszę sobie wyobrazić jak to w „domku” zmieszczą się łóżka dla kilku, kilkunastu domowników, kiedy to domek ma zaledwie malutkie dwa lub trzy pokoje. To niemożliwe żeby po pierwsze tutejszych ludzi było stać na zakup tylu łózek, a po drugie nie zmieściłyby się one. Dlatego ludzie używają tutaj hamaki, które służą do nocnego spania, codziennej sjesty, odpoczynku. Są niczym nasze europejskie łóżka i kanapy razem wzięte. Można je rozwiesić byle gdzie, jeden nad drugim, a po porannym wstaniu wygodnie się je zdejmuje, składa i nie zajmują sporo miejsca tak jak łóżko. Krótko mówiąc ludzie tutaj łóżek nie używają, chyba że mają pieniądze i sporo miejsca w domu. Na hamaku odbywają się codzienne rozmowy i jest używany on przy każdej możliwej okazji.
Kiedy zamieszkałem w Ascencion de Guarayos, zauważyłem że w moim pokoju na ścianach wiszą dwa konkretne haki – służą one do tego, aby zawiesić na nich hamak. Mój pokoik jest mały (jak to tutaj w zwyczaju ludzie mają) i kiedy zawieszam hamak zajmuje on sporo miejsca w porównaniu z tą małą izdebką, ale bardzo jest mi potrzebny do tego aby czasami po przyjedzie z wiosek na moment odpocząć. Nie raz służy mi on jako łóżko, a kiedy wyjeżdżam na wioskę i wiem, że będę musiał tam nocować to mogę go zabrać ze sobą, ponieważ byle gdzie można go rozwiesić. Nie jest on tak wygodny jak łóżko, ale można się przyzwyczaić. Oczywiście na wiosce takiego hamaka nie rozwieszę na wolnym powietrzu pod gołym niebem żeby spędzić  na nim noc, ponieważ robale, komary i inne zwierzęta zrobiły by sobie z mojego ciała ucztę. Zawiesić go trzeba w jakimś pokoju w którym na pewno znajdą się drewniane belki lub haki przeznaczone do zawieszania hamaka.
Hamak jest tak mocno związany z tutejszą kulturą i życiem, że nawet dekoracja adwentowa, która znajduje się w jednym z tutejszych kościołów pokazuje, że Pan Jezus jak się urodzi się to nie będzie leżał w żłóbku tylko ... na hamaku. Co kraj – to obyczaj.
Nie chcę świrować i uprawiać tu jakieś filozofii, ale przyznam się szczerze; kiedy zmęczony po pracy położę się na hamaku to mam poczucie wolności. Niby odrywam się od ziemi, codzienności … i zaczynam lekko kołysać się między ziemią a niebem … wolny jak ptak …



poniedziałek, 5 grudnia 2016

Drzwi

Różne są sposoby ewangelizacji. Wykorzystując różne okazje Ewangelia pragnie trafić do nas przez: internet, konferencje, film, obraz.  W Boliwii Ewangelia trafia do ludzi przez drzwi …
Boliwijskie kościoły, kaplice w których miałem okazję sprawować sakramenty różnią się od siebie wielkością, ale mają podobny styl budownictwa (mi osobiście przypomina on szopę) który wykorzystywali franciszkanie i jezuici czyli ci, którzy tutaj jako pierwsi głosili Ewangelię. Jednakże oprócz podobnego stylu budownictwa można zauważyć wspólny element, który łączy wszystkie te budynki: otóż Ewangelia jest tutaj przedstawiana poprzez obrazy i płaskorzeźby. 
 Często wchodząc do kaplicy już na wstępie Ewangelia jest przedstawiana poprzez płaskorzeźby widoczne na drewnianych drzwiach wejściowych. Zazwyczaj zawierają one sceny z Ewangelii. W Ascencion de Guarayos na głównych drzwiach z kościoła jest rozpisane i rozrysowane wyznanie wiary w języku Guarayo. Wszystko rozpoczyna się od słowa „aroya” czyli wierzę, a następnie jest dalszy tekstu i obok niego płaskorzeźby przedstawiające wyznanie wiary.
Dlaczego obrano taki sposób nauczania i przekazu Ewangelii? Odpowiedz jest prosta: nie wszyscy ludzie tutaj posiadają umiejętność czytania i pisania; dlatego obrazy i rzeźby które są wizualnym ukazaniem tego co jest napisane za pomocą języka mają pomóc tym, którzy borykają się z problemem analfabetyzmu. Na niektórych drzwiach z kaplic są zapisane modlitwy w tutejszych językach: guarayo, qechua, aymara.
 Misjonarze tutaj pracujący wykorzystując talent ludzi, którym posługują chcą w ten sposób z jednej strony pomóc niepiśmiennym, a z drugiej strony pragną dać okazję tutejszym ludziom aby w ich języku i sztuce wyrazili wiarę oraz Ewangelię. Sposób przeżywania wiary widoczny jest także podczas liturgii, kiedy na Eucharystii zamiast tradycyjnych organów, które słyszymy w Polsce; można śpiewać skoczne pieśni przy akompaniamencie przeróżnych instrumentów - a im głośniej tym dla tutejszych ludzi lepiej i uroczyściej. Różne są sposoby wyrażania i przekazywania wiary, ważne żeby każdy poznał samego siebie, swoje talenty, zdolności, predyspozycje i w ten sposób wykorzystując je samego siebie a jednocześnie innych przybliżać do Pana Boga.

piątek, 2 grudnia 2016

Przez żołądek do serca

Codzienność w której żyjemy dotyka wielu sfer i dziedzin naszego życia. Praca, relacje z innymi, odpoczynek … jedzenie.
Kuchnia ma dla nas ważne znaczenie. Każdy z nas musi coś zjeść, aby mieć siły do pracy i dalszego prawidłowego funkcjonowania. Każdy kraj, region ma swoją kulinarną tradycję i zwyczaje, Boliwia też … Niestety nie znam wszystkich potraw tradycyjnych, które można zjeść w Boliwii. Powód mojej nieznajomości jest taki, że kuchnia boliwijska bardzo się różni. Ludzie inaczej gotują na wschodzie Boliwii (gdzie mieszkam) i inaczej na zachodzie (gdzie byłem tylko kilka dni). Więc opowiem coś z mojego podwórka ….
Spotkałem się już z pytaniami o moje posiłki, kilku jest ciekawych tego, co na co dzień jem i jak się odżywiam skoro tak dobrze i przystojnie wyglądam :-) otóż wszystkiego nie mogę zdradzić bo nas pięknych jest mało :-) no ale teraz na poważnie, choć nie wiem czy kiedyś tak na serio i poważnie będę tutaj pisał, ale się postaram :-) Rozpocznę od śniadania; poranki są dla mnie trudne, bo potrzebuję mocnej kawy albo godzinę czasu aby po przebudzeniu wejść w normalny tryb życia. Zawsze miałem problem z porankami, dlatego często rano pije kawę. Nawet ostatnio i co uważam za cud udało mi się kupić małą włoską kafeterię do robienia kawy. Ucieszyło mnie to bardzo ponieważ z rana mogłem napić się mocnej kawy, która postawi mnie na nogi. Niestety po około trzech tygodniach użytkowania, ktoś zepsuł a dokładnie spalił mi kafeterię … nie pozostało mi nic innego jak teraz pić rozpuszczalną kawę czyli chemiczny syf.
To tyle na temat kawy… wracając do tematu trzeba zaznaczyć, że zazwyczaj na śniadanie jem sobie kawałek pieczonej anakondy lub pieczone piranie które zostały z obiadu dnia poprzedniego. Oczywiście żartuję :-) no ale teraz na poważnie (po raz kolejny) – więc już tak na serio to na śniadanko jem owoce (ananas, papaja, banany) żalenie co akurat jest w kuchni. Mamy możliwość kupienia tutaj chleba, który trochę się różni od naszego polskiego pod względem wielkości i smaku – ale jest dobry i stanowi niezłe towarzystwo dla owoców. Obiady jemy u sióstr zakonnych które niedaleko mieszkają. Ciężko określić co składa się na obiad, ponieważ wszystko zależy od dnia. Prawie codziennie na obiad jemy ryż (który jest tutaj podstawowym elementem posiłku), do ryżu jakieś mięso, zielona sałata, pomidorek. Nawiasem mówiąc trochę tęsknię za tłustymi pieczonymi frytkami, jakąś pizzą … ale za to mam świeżutkie owoce. Na kolację to dokarmiam się chlebem, dżemem, jak jest to serem … i co tam mamy w lodówce. Ogólnie głodny tutaj nie chodzę, ponieważ z racji upałów ludzie tutaj nie mają wilczego apetytu, mało się je, ale za to trzeba regularnie uzupełniać płyny.
Siostry zakonne czasami serwują jakieś boliwijskie, tradycyjne dania, ale kiedy dostaję talerz z jedzeniem to nie pytam się z czego to jest zrobione tylko wcinam. Jak sporo z was wie popularnym napojem w Boliwii jej „chicha” (czyt. czicza). Kto nie wie z czego się ją robi i jak ona powstaje to zapraszam do zaglądnięcia do internetu. Powiem tylko tyle, że ma ona wiele odmian, w każdym regionie robią swoją chichę. Ja jestem tutaj dwa miesiące i może narażę się niektórym, ale mi ten napój w ogóle nie smakuje. Ludzie piją tutaj tego na litry, ja jak tylko mogę grzecznościowo im odmawiam bo nie trawię tego smaku; może kiedyś się nauczę pic ten boliwijski cudowny napój, ale dziś wolę wodę.

Jedzenie, posiłki są dla nas ważne, nie tylko pod względem uzupełniania energii, zapełniania żołądka. Istotą każdego posiłku jest  także … wspólnota, która gromadzi się przy stole. Jak jest dobre towarzystwo, wspólnota stołu gdzie można na spokojnie porozmawiać, cieszyć się i ubogacać się wzajemnie - to każdy posiłek będzie udany, nawet wtedy kiedy na stole będzie tylko chleb. Natomiast kiedy przy stole gromadzą się ludzie którzy za sobą nie przepadają, grają sobie wzajemnie na nerwach; to choćby na stole był indyk czy też inne rarytasy – obiad będzie do bani, ponieważ każdy będzie chciał jak najszybciej zwiać od stołu.