piątek, 16 grudnia 2016

Na dwie nogi

Paweł, Sebastian, Piotr, Karol … każdy z nas ma jakieś imię. Zazwyczaj imion chrzcielnych sobie nie wybieramy. Kiedy mamy bierzmowanie już samodzielnie możemy sobie wybrać patrona. Jak ktoś wstępuje do zakonu to otrzymuje imię zakonne. Po co tyle imion?
Kiedy miałbym zliczyć moje imiona to miałbym ich cztery, a dokładniej mam czterech patronów: ze chrztu św. Paweł i św. Sebastian; z bierzmowania św. Piotr; z zakonu św. Karol. Więc mam niezłe wsparcie dzięki moim orędownikom w niebie. Każdy z nich jest inny i każdy z nich może mnie czegoś nauczyć – nawet tutaj w Boliwii; a posunę się do stwierdzenia, że szczególnie tutaj w Boliwii przypominają mi o ich obecności.
Oprócz ministrantów i młodzieży którzy mi towarzyszą w podróży i pracy duszpasterskiej, mam jeszcze dwóch niezwykłych pomocników. Rzekłbym, że są oni dla mnie autorytetem: to św. Paweł (mój patron ze chrztu) oraz św. Karol z Sezze (mój patron zakonny). Relikwie św. Karola otrzymałem od mojego prowincjała, kiedy jeszcze byłem w seminarium. Jak wyjeżdżałem do Boliwii to postanowiłem je zabrać ze sobą z Polski.
Kiedy tutaj po przyjeździe rozpocząłem prace w San Pablo zauważyłem, że w zakrystii na drewnianej półce znajdują się zakurzone i trochę zapomniane przez tutejszych ludzi relikwie św. Pawła, dlatego wyczyściłem je i dziś pięknie prezentują się na ołtarzu w kościele którego jest on patronem. Natomiast krzyż z relikwiami św. Karola zabieram ze sobą jak jadę na wioski sprawować sakramenty. Zazwyczaj w tych biednych warunkach na wioskach na stoliku, który ma mi posłużyć jako ołtarz nie ma krzyża więc świetnie spełniają swoją rolę relikwie św. Karola, które są podobnie jak relikwie św. Pawła wkomponowane w drewniany krzyż.
Pan Bóg dał mi tych to dwóch niezwykłych towarzyszy jako pomocników. Są oni niczym dwie nogi, które niosą nie w tutejszej pracy misyjnej. Św. Paweł jako jedna z bardziej znanych postaci w Kościele Katolickim, misjonarz wielu narodów inspiruje mnie swoją postawą. Z drugiej strony jest św. Karol, pokorny włoski brat zakonny, który jak biografowie podają miał pragnienie, aby wyjechać na misje, ale z różnych powodów nie było mu to dane. Teraz trochę się śmieję, żartobliwie mówiąc że skoro za życia ziemskiego nie mógł wyjechać na misje to ja go już jako świętego zabrałem na misje do Boliwii. Gdziekolwiek bym jechał i cokolwiek bym robił to wiem, że nie jestem sam. Mam wielu patronów, pomocników, orędowników w niebie. Szkoda tylko, że tak często o nich zapominam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.