Tańce przy chlebie i oranżadzie

Czytając Pismo Święte natrafimy na fragment, kiedy Pan Jezus wysyła po dwóch swoich uczniów aby wzywali do nawrócenia (Mk 6, 7-13). Jeżdżąc od wioski do wioski i głosząc Ewangelię także ja nie jestem sam … zawsze mam wyjątkowe towarzystwo.
Trasa, którą pokonuję chcąc dojechać na wioski jest długa. Kiedy wyjeżdżam z Ascencion, gdzie nocuję, zazwyczaj jadę sam do pierwszej wioski, która dla mnie jest bazą wypadową – San Pablo. Tam sprawuję prawie codziennie sakramenty i jadę dalej w teren. Dalszą drogę przeważnie już nie pokonuję sam, ponieważ jadą ze mną ministranci oraz młodzież, która gra na instrumentach. Są oni bardzo chętni na towarzyszenie mi w podróży i podczas sprawowania Eucharystii. Mnie osobiście to odpowiada, ponieważ nie jadę sam, a po drugie są oni dla mnie bardzo wielkim wsparciem, dlaczego?
Otóż ludzie na wioskach do których jeżdżę za bardzo nie wiedzą co odpowiadać i jak zachować się na Eucharystii, dlatego ministranci podczas mszy mówią kiedy wstać, kiedy usiąść, co trzeba odpowiadać … można powiedzieć że animują ich poprzez komentarze i śpiew który prowadzą. Dla ministrantów i młodzieży to jest frajda, kiedy mogą ze mną jechać, ponieważ jest to dla nich okazja, aby wyrwać się ze swojej wioski w której i tak przeważnie nic nie robią. Gdyby potrafili to nawet i dwudziestu wlazłoby mi do samochodu. Ja zazwyczaj biorę ze sobą 5 osób. Część siedzi w środku, a inni na pace samochodu. Często muzycy siadają na pace auta i podczas podróży grają na gitarach, bębnie, śpiewają – wygląda to bardzo komicznie – krótko mówiąc: orkiestra na kółkach. Ludzie na wioskach się cieszą kiedy mi towarzyszą, bo zawsze ta Msza jest bardziej żywsza no i więcej śpiewów jest podczas Eucharystii.
Kiedyś w jedną niedzielę odprawiłem w San Pablo Eucharystię i zabrałem młodych, którzy na siłę garneli się do mojego samochodu, po to aby towarzyszyć mi na jednej wiosce do której miałem jechać – więc ich zabrałem a oni się ucieszyli, ponieważ mogli służyć, grać i śpiewać na kolejnej Mszy Świętej. Jak w południe wracałem, aby ich odwieść do domów; nie wiedziałem, że nic oni nie jedli. Głodni wyjechali ze mną w teren … dla tych dzieci i młodzieży to że są głodni to coś normalnego – głównie jest to wina biedy i rodziców, którzy nie dbają o swoje dzieci … ale dla mnie ta wiadomość o ich głodzie to był cios poniżej pasa. Dopiero po przyjeździe dowiedziałem się że mają puste żołądki. Dlatego po powrocie dałem im coś do picia, aby uzupełnili płyny, ponieważ tutejszy upał jest niebezpieczny i na szczęście miałem przy sobie trochę pieniędzy aby kupić im tutejsze bułki by mogli coś zjeść.
Jak wróciłem do siebie to długo myślałem na temat ich biedy i głodu. W kolejną niedzielę postanowiłem zabrać ze sobą chleb, przyrządziłem „refresco” (napój) i jak w południe pojawiłem się na wiosce to zaprosiłem wszystkich ministrantów (chłopcy i dziewczynki) oraz muzyków aby coś zjedli. Na widok bułek, chleba i oranżady bardzo się ucieszyli. Przygotowali stół, wokół którego ułożyli ławki aby każdy miał miejsce; starsi ministranci każdemu dali plastikowy kubek do którego nalewali napój a kolejni rozdawali chleb. Wszystko odbywało się w zadziwiającym dla mnie porządku i harmonii. Kiedy już coś zjedli, nabrawszy siły wyciągnęli instrumenty i zaczęli grać, śpiewać oraz tańczyć. Niewiele wystarczyło im do tego, aby przynajmniej na chwilę zatkali głód i byli szczęśliwi … wystarczył chleb i oranżada.


Komentarze