W końcu się udało

Wielu z nas chciałoby prowadzić styl życia, który pozbawiony jest trudności, problemów, porażek i wyzwań. Niestety czasami twarda rzeczywistość sprawia, że życie nie jest takie łatwe, bezproblemowe i kolorowe jak byśmy chcieli. Mimo to nigdy nie można się poddawać, zawsze trzeba mieć nadzieję …
Praca w Boliwii, która non stop mnie zaskakuje pozytywnie i mniej pozytywnie :-) zawsze pokazuje mi, że trzeba próbować, zmagać się … i mieć „świętą cierpliwość”. Tak było w przypadku jednej wioski - Santa Maria bo tak się nazywa. Choć nazwa wioski wskazuje na katolickie pochodzenie, to jednak rzeczywistość jest inna. Jakiś czas temu w jednym z moich postów napisałem, że w wyżej wspomnianej wiosce ze względu na brak kapłanów ludzie przeszli do sekty lub zostali ewangelikami. Kiedy tam przyjechałem ludzi nie ruszała moja osoba i nikt nie przychodził na Eucharystię, bo i po co jak „zmienili wiarę”. Niestety z innymi wioskami mam podobny problem, że ze względu wielkie odległości i brak kapłanów, którzy tam nie przyjeżdżali, ludzie porzucili wiarę katolicką. Zastanawiałem się co robić? Jak na nowo wskrzesić tam wiarę? Jeździłem z bratem zakonnym i szukaliśmy jakiegoś katolika. Niby ktoś tam był katolikiem, ale w efekcie jak się umawialiśmy na Eucharystię to zawsze mnie olali i wracałem. No bo niby tyle lat tam księdza nie było i teraz nagle jakiś Polak się pojawił, który chce sprawować sakramenty?
Jednak wysiłki przyniosły efekt. Pomyślałem, że jak mnie nie chcą to może kogoś „świeckiego” tam wyślę aby złapał kontakt z katolikami. W parafii gdzie posługuję jest jedna kobieta - nie budząca podejrzeń :-) która udała się w poszukiwaniu katolików. Efekt był taki że ostatnio w niedzielę pierwszy raz od mojego przyjazdu do Boliwii sprawowałem tam sakramenty: Eucharystii i pokuty. W sumie przyszło dwójka dzieci i 4 dorosłych. Ktoś pomyśli że zwariowałem, aby tylko dla nich jechać sporo kilometrów by sprawować Mszę Świętą. Może i zwariowałem, ale w końcu znaleźli się jacyś katolicy. Zabrałem więc ze sobą ministrantów i młodzież która grała na instrumentach, aby ubogacili liturgię i odprawiłem dla nich niedzielną Eucharystię. W sumie było więcej tej mojej młodzieży niż tych ludzi, którzy przyszli, ale warto było. Początki zawsze są trudne i wymagają cierpliwości. Po Mszy porozmawiałem z ludźmi i zachęciłem, aby poszukali innych katolików, po to by w kolejną niedzielę znowu się spotkać, już nie na Eucharystii (bo musze też do innych wiosek pojechać) ale na nabożeństwie Słowa Bożego, które poprowadzi brat zakonny. Chodzi o to aby zrozumieli, że mają franciszkanów, którzy chcą im towarzyszyć w drodze do Boga.
Można powiedzieć, że w jednej wiosce budzi się znowu wiara, nie wiem czy przyjdą na kolejne spotkanie, ufam że tak. Skoro ostatnio przyszli (po sporej przerwie) i zauważyli, że traktujemy ich poważnie to może przyjdą znowu – oby tym razem była przynajmniej jedna osoba więcej z ich wioski. Efekt już jakiś jest, ale niestety wiosek które mam do odwiedzin jest sporo – a i te mają podobny problem. Mam nadzieję, że małymi kroczkami i z dużą dawką cierpliwości coś tam uda się zrobić. Wiem jedno, że nie należy się poddawać.



Komentarze