poniedziałek, 9 stycznia 2017

Mówię jak jest

Radość, niespodziewane akcje, spontaniczne zachowania  - one ciągle towarzyszą mojej pracy misyjnej. Jednakże z misjami jest jak z małżeństwem, po pewnym czasie zauważa się "coś" czego wcześniej nie widziano, "coś" co czasami denerwuje…
Gdy jestem pytany czego na misjach mi najbardziej brakuje. I co mam odpowiedzieć? Czego mi brakuje?
- Frytek, hamburgerów z McDonalda? Potrafię bez tego żyć.
- Telewizji, stałego łącza internetu, zasięgu w telefonie? – można przyzwyczaić się do ich braku.
- Kina, filmów, centrów handlowych? – Nie.
- Polskiej kuchni? – Troszeczkę.
 Dziś odpowiadając na to pytanie muszę powiedzieć, że najbardziej brakuje mi tutaj … cierpliwości…
Niemal każdego dnia przekonuję się o tym, że zamieszkałem w dosłownie innym świecie: innej kulturze, wśród innych ludzi, innej mentalności, podejściu do życia… Nie raz widząc to wszystko z jednej strony się cieszę, ale z drugiej strony okłamywałbym gdybym mówił, że tutaj nie ma problemów. Problemy są i czasami doceniam to, co miałem w Polsce.
Cieszę się że mogę być wśród tutejszych ludzi, pomagać im na różne sposoby, ale mocno denerwuje mnie ich wyrachowanie, kłamstwa i cwaniactwo. Oczywiście nie wszyscy tutaj są tacy – nie ale czasami pojedyncza sytuacja rzuca wielką czarną plamę na moje postrzeganie tutejszej rzeczywistości. Nie jestem doświadczonym misjonarzem, jestem początkującym nowicjuszem – żółtodziobem w tej kwestii, więc na pewno na wszystkim się nie znam i sam popełniam błędy.
Będąc szczery czasami mam wrażenie, że ludzie widząc białego misjonarza myślą że przyjechał materialnie ich wyzwolić, zapewnić im dobrobyt. Są mili, uprzejmi jak coś mają dostać, ale kiedy coś się od nich wymaga to nagle zaczynają oszukiwać, kłamać. Kiedy mają otrzymać pieniądze, coś mam im kupić to są największymi przyjaciółmi, ale kiedy zaczynam mówić im o Jezusie, spowiedzi, grzechu, wymaganiach … to nagle tracą oni słuch. Przypuszczam, że takie zachowania są w wielu zakątkach ziemi, gdzie przyjeżdżają misjonarze. To jest smutne – ale prawdziwe. Misje to nie są tylko: ananasy, palmy, dżungle i inna egzotyka – ale to wychowywanie ludzi a jednoczesne szanowanie ich odrębności kulturowej. Nie przyjechałem tutaj aby narzucić im europejskiego stylu życia, ale powiedzieć o Jezusie Chrystusie.
Ostatnio w Objawienie Pańskie – czyli trzech króli. Jest w Boliwii zwyczaj, że dzieci po mszy otrzymują prezenty, zabawki. Jestem tutaj prawie od 4 miesięcy ale nigdy nie widziałem tyle dzieci w kościele jak w ten dzień. Po co przyszli, na mszę? Nie … po zabawki. Mało tego ludzie jeździli na motorkach z jednego kościoła do drugiego aby zdążyć na rozdawanie zabawek. Nie liczyła się Eucharystia, żłóbek, dzieciątko Jezus – ale zabawki. Ja widząc to z jednej strony żal mi było tych ludzi, a z drugiej strony byłem tak wkurzony że myślałem że mnie rozerwie. No ale taka jest tutaj kultura i podejście do życia.
Oczywiście są też ludzie oddani, kochani, szczerzy, autentyczni w swojej wierze, ale są też cwaniacy. Pan Jezus przychodzi do każdego człowieka, nikim nie gardzi, ale pokazuje jasno niekonsekwencje ludzkiego zachowania i grzechu. Myślę, że to jest zadanie i dla mnie, być z tymi ludźmi, nie ważne jacy są, ale ich kochać i wychowywać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.