Owce bez pasterza

Na pewno każdy z nas nie raz przechodził obok starego zniszczonego i już nieużywanego budynku np. dawnej fabryki, domu mieszkalnego. Może czasami zrodziła się nam refleksja, że kiedyś w tym miejscu tętniło życie, było sporo ludzi, wiele się działo … a teraz cisza.  Ostatnio i ja miałem taką chwilę refleksji nie w stosunku do budynku ale do parafii…
Nieopodal miejscowości, gdzie mieszkam znajduje się małe pueblo (miasteczko) o egzotycznej nazwie Yaguarú (Jaguar). Przed moim przyjazdem mieszkał tam z ludźmi mój współbrat. Tak się stało, że kilka dni przed moim przylotem do Boliwii wyżej wspomniany współbrat zmarł. W konsekwencji ludzie zostali bez kapłana, a dokładnie kapłana mają - tylko z nimi nie mieszka bo dojeżdża z innej miejscowości aby sprawować im sakramenty. Dane mi było być tam dwa razy. Raz spowiadałem dzieci przed pierwszą komunią a drugi raz przyjechałem tam, aby uporządkować pewne rzeczy. Podczas mojego pobytu w tej parafii, kiedy przechodziłem przez ogród kościelny (pusty), kościół (pusty) miałem wrażenie, że życie tam zamarło. Na szczęście jest tam jedna siostra zakonna misjonarka z Austrii która zamyka i otwiera kościół i na ile może dogląda by tam nic nie zniszczono. Niestety z powodu starszego wieku niewiele może tam zrobić, tym bardziej, że jest ona tylko jedna. Kościół który tam się znajduje jest bardzo ładny i duży. Zaciekawiły mnie drzwi a dokładnie płotek przy drzwiach do kościoła, który uniemożliwiał wejście do świątyni zwierzętom, które bardzo często na wioskach wchodzą do kościoła np. psy, kury, owce, zdarza się że i krowa się pojawi, bo chodzą sobie one wolno po wiosce więc jak widzą drzwi otwarte to wchodzą do różnych miejsc.
Po kilkunastu minutach mojej obecności ludzie zauważyli, że ktoś jest obecny w kościele, więc zaczęli się schodzić najpierw dzieci, potem młodzież. Mój współbrat z którym mieszkam chwilę z nimi porozmawiał. Ja nie chcąc za długo z nimi gawędzić, bo z Boliwijczykami można gadać i gadać w nieskończoność – akurat w tym to oni są rewelacyjni – w mowie, ale kiedy przyjdzie co do czego, że trzeba konkretną robotę zrobić to znikają i kończy się na tylko ich główkowaniu i gadaniu – no ale o tym to kiedyś indziej napiszę. To ja krótko się przedstawiałem, powiedziałem im jestem itd. a oni zaraz wyskoczyli mi z pytaniem czy nie zamieszkałbym z nimi, bo nie maja księdza. Była to dla nich szansa, przyjechał młody ksiądz i myśleli, że może tak uda się pokombinować abym z nimi został. Niestety tłumaczyłem im, że już mam parafię którą się opiekuję.  Ludzie ci byli spragnieni księdza. Jak mi opowiadali wcześniej codziennie był wielki ruch w kościele, ogrodzie kościelnym: biegały dzieci, młodzież się spotykała, parafia prężnie działa … a teraz cisza … nikogo nie ma … zamarło życie bo kapłana nie ma. Był to smutny widok, ale bardzo częsty.
Brakuje tutaj kapłanów, ludzie czekają na księdza który ich wyspowiada, pobłogosławi, ochrzci, odprawi Eucharystię. W jednej wiosce do której jeżdżę a w której są bardzo fajni ludzie, ponieważ jak przyjadę to zawsze przyjdą na mszę (głównie kobiety i dzieci, bo mężczyźni pracują w polu) kiedyś mi aż dwa razy  ludzie powiedzieli: „ojcze nie zapominaj o nas, przyjedź znowu”… mocne słowa. Nie zapominam o nich, ale trudno do wszystkich regularnie często przyjeżdżać. Człowiek jest sam a wiosek wiele oraz są one bardzo oddalone. Cieszę się że są tacy ludzie, którzy na mnie czekają, ale w mojej pracy misyjnej widzę ludzi którzy nie szanują sobie kapłana, lekceważą sobie to, że mogą się wyspowiadać, ochrzcić, przyjść na Eucharystię. Kiedy zabraknie im kapłana wtedy otwierają się im oczy i jest lament … ale wtedy to już jest za późno…

Krótko mówiąc na zakończenie: szanuj księdza swego, bo możesz nie mieć innego.

Komentarze