sobota, 25 lutego 2017

Nowe spojrzenie

Kiedyś myśląc o mojej starości wyobrażałem siebie przy rozpalonym kominku w domu, siedząc na krześle bujanym i degustując się koniakiem. Każdy z nas ma marzenia, pragnienia. Wielu z nas myśląc o marzeniach od razu kwalifikuje ich do półki „moje niezrealizowane pragnienia” … ale czy koniecznie tak mysi być?
Od mojego przyjazdu do Boliwii mam wrażenie ze nic się nie zmieniło. I choć otacza mnie inna kultura, inni ludzie, inna rzeczywistość to ja jak zwykle codziennie mam problemy ze wstawaniem z łózka, codziennie jak w Polsce piję kawę, walczę z tymi samymi moimi wadami oraz grzechami. Niby się nic nie zmieniło; ale mam wrażenie, że od przyjazdu tutaj inaczej patrzę na życie. Pewnie zauważyliście że na blogu już tak często nie pojawiają się moje wpisy. Wcześniej pisałem posty dwa razy w tygodniu. Teraz pod koniec tygodnia publikuję jakiś jeden wpis. Dlaczego? Brakuje mi czasu? Pomysły mi się wyczerpały? – NIE, postanowiłem złamać pewien schemat. Oczywiście mógłbym jak dotychczas tygodniowo dwa razy publikować coś na blogu, ale tego nie chcę i robię to ze względu na mnie samego i na czytelników. Ktoś pomyśli, że odbiło mi … może i tak, ale jak widzę ludzi którzy bezmyślnie siedzą przy komputerze i marnują cenny czas wpatrując się w ekran to stwierdziłem, że trzeba coś zmienić.
Oczywiście tego mojego bloga nie czytają miliony ludzi i nikt pewnie nie będzie protestował, że jakiś misjonarzyna z Boliwii już nie publikuje dwóch a jeden post na blogu; ale warto coś zmienić i złamać schemat. Powodem jest to, że po pierwsze szkoda mi cennego czasu a po drugie widzę, że nawet tutaj w Boliwii komputer, telefony komórkowe tak mocno wchłaniają ludzką codzienność, że  ludzie żyją w innym świcie. Od niedawna tutaj w Boliwii ludzie mają dostęp do komputera, telefonu komórkowego, ale już widać że sobie z tym nie radzą. Choć z zasięgiem tutaj jest problem, ale każdy ma telefon komórkowy żeby robić sobie pozowane i sztuczne zdjęcie – selfie. Dzieci maja problem z czytaniem i pisaniem, ale telefon komórkowy potrafią bez trudności obsługiwać. Mam wrażenie, że za szybko ta technika przyszła do tych ludzi. Misjonarze oczywiście starają się kultywować tutejsze zwyczaje, język „plemienny” ale ludzie z czasem mają to gdzieś.
Można zauważyć jak powoli ludzie przestają się cieszyć życiem. A przecież tak nie powinno być. Nie wiadomo jak długo jeszcze pożyjemy więc warto dobrze wykorzystać rzeczywistość i codzienność. Mamy marzenia, dlaczego ich nie realizujemy? Brakuje nam pieniędzy? Odwagi? A może po prostu nam się nie chce nic zmieniać w naszym życiu, bo już sobie zrobiliśmy wygodne gniazdko, gdzie jest nam przytulnie, mamy komputer, telewizor, internet, prąd, samochód, konto na facebooku … i jedno czego nie mamy to czasu na rodzinę, przyjaciół, modlitwę, marzenia. Więc czytelniku to ze względu na ciebie rzadziej będę coś publikował abyś miał więcej czasu dla siebie, innych i Pana Boga.

Nie wiadomo ile czasu nam jeszcze zostało, wykorzystaj to co masz. Ciesz się z tego co już osiągnąłeś a nie narzekaj, że ci jest źle i ciągle masz mało … mało … mało … Jest tyle ludzi na świecie, którzy chcieli by żyć tak jak ty – a nie mogą; więc zrealizuj swe pragnienia, nie przejmuj się opinią innych ludzi, którzy tylko krytykują i z zazdrością potrafią patrzeć na innych. Nie tłum w sobie uczuć, które już od dawna masz w swoim sercu, pozwól sobie być szczęśliwy. Ciesz się zdrowiem, rodziną, bo to dar od Pana Boga. Oderwij się od komputera, odwiedź przyjaciół, sąsiadów, znajomych. Zaproś krewnych do siebie – zupełnie tak bez okazji – aby się spotkać. Weź w końcu do ręki Pismo Święte – przeczytaj, rozważ. Porozmawiaj szczerze za pomocą zwykłych słów z Panem Bogiem - bo On czeka na nas … tylko my ciągle jesteśmy czymś zajęci. Życie jest wyjątkowe i dwa razy się nie powtórzy więc zrób coś dobrego dla innych; pogódź się z twymi wrogami. Masz marzenia to realizuj je. Ja chciałem wyjechać do Boliwii aby głosić Chrystusa i dzięki łasce Pana Boga – udało się; jednakże nie wiem co będzie dalej, nie wiem jakie natchnienie jeszcze da mi Pan Bóg, co mi przygotował lub co mi wpadnie do mojej dziwacznej głowy. Ale wiem jedno – że dzień dzisiejszy już się nie powtórzy, że każda chwila jest wyjątkowa.
 Więc drogi czytelniku przestań już czytać tego posta, popatrz z nadzieją na twoje życie, uśmiechnij się i unieś swój wzrok i „bagażnik” od komputera, telefonu i telewizji. Przestań zajmować się twoimi ranami które zadali ci inni ludzie, a które nosisz w sercu. Im bardziej będziesz je drapał tym bardziej będą krwawiły. Ciesz cię życiem, wykorzystaj go dobrze bo kiedyś staniemy przed Panem Bogiem i … właśnie co? Będziemy mu wdzięczni za życie, które wykorzystaliśmy? Czy będziemy mieli pretensje do samych siebie że nie mieliśmy czasu na modlitwę, spotkanie z Bogiem, rodziną, przyjaciółmi …

poniedziałek, 20 lutego 2017

Kontrasty

Czarny i biały … dzień i noc … woda i ogień … flegmatyk i choleryk … kontrasty towarzyszą nam w codzienności. Patrząc na życie Boliwijczyków nie da się nie zauważyć kontrastów jakie tutaj panują.
Boliwia jest biednym krajem, ale różnice jakie tutaj panują między ludźmi są bardzo wielkie. Inny styl życia i inne warunki maja ludzie mieszkający w dużych miastach: Santa Cruz, Cochabamba, La Paz, Sucre, Potosi itd. Jest kilka takich miast gdzie jest zupełnie inny poziom życia i cywilizacji, który porównać można to takich średnio rozwiniętych miasteczek europejskich. W tych miastach znajdziemy bary, kawiarnie, szpitale, sklepy specjalistyczne. Ludzie chodzą tam ładnie i czysto ubrani, choć oczywiście nie brakuje biedy i tych którzy żyją bardzo ubogo – poza marginesem społecznym.Wystarczy jednak wyjechać z miasta, aby zobaczyć jak naprawdę żyją Boliwijczycy. Wielu z nich mieszka z drewnianych domkach zbitych z desek, na dachu mają starą blachę lub po prostu dach jest zrobiony z liści palmy. 
Ich domki w środku nie mają pokoi, znajduje się tam jakieś stare łóżko, hamak, byle jaka półka zdolna pomieścić ubrania i rzeczy codziennego użytku. Jednym słowem – bieda. Ludzie ci utrzymują się z tego co im wyroście (kukurydza, juka, ziemniaki, cebula, pomidory itd.) oraz z tego co chodzi im po podwórku (krowy, świnie, kury). Często widzi się domki zrobione z gliny – ale jest to bardzo niebezpieczne – z dwóch powodów: po pierwsze jak przyjdzie obfity deszcz (a często takie deszcze tutaj są) – woda podmyje dom, wypłucze glinę i wiemy wtedy co się stanie – będzie buuuuum i domek się zawali. Po drugie jak już ktoś chce robić domek z gliny to musi tą glinę z zewnątrz otynkować, ponieważ w glinie żyją sobie zwierzątka które nocą wychodzą i kąsają sobie ludzi. Dlatego ludzie wolą zbić kilka desek na ściany i mieć święty spokój. Bo deszcz desek nie podmyje.
Zabawne jest dla mnie to, że często te biedne prowizoryczne domy z dziurawym dachem i bez drzwi - są pięknie pomalowane. Po co to robią? Nie wiem … może przez to aby napisać na domach kto w nich mieszka, i trochę ukoloryzować tą szarą boliwijską codzienność. W ogóle Boliwijczycy lubią kolory i mają bzika na punkcie strojenia się. Kiedy jest niedziela i przychodzą do kościoła wkładają najlepsze ubrania jakie mają, stroją się – bo w końcu jest niedziela. Ktoś z zewnątrz widząc Boliwijczyków wystrojonych w niedzielę – nie przypuszczałby że tutaj jest bieda. Ale kiedy tylko niedziela lub jakaś uroczystość się skończy zakładają potargane koszulki, japonki na stopy i wracają do codzienności. Strój dla nich ma ważne znaczenie –dlatego misjonarz nie może przyjechać do nich ubrany byle jak. Misjonarz dla nich to ktoś wyjątkowy, przedstawiciel Pana Boga więc musi się prezentować: habit lub koszula kapłańska, czyste buty … no chyba że jedzie się do dżungli to nie ma takiej opcji – tam cieszą się z misjonarza ubranego byle jak. A propo niedzieli … bardzo pozytywnie zaskakują mnie tutaj dzieci i młodzież którzy w niedzielę są dwa lub trzy razy na mszy świętej i to nie z tego powodu, że nie mają co robić – oni po prostu chcą i mają taka potrzebę relacji z Panem Bogiem.
Mocno widoczne tutaj są kontrasty życiowe, ale najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że ci ludzi są szczerzy. Jak jest czas na robotę to w potarganych spodniach, bez koszulki pracują … jak jest czas na kąpiel to dzieci z gołym tyłkiem na swoim podwórku się myją … jak jest czas na niedzielę lub jakąś fiestę to zakładają najlepsze ubranie, robią sobie fryzury i świętują.

I to jest piękne. Szkoda tylko że dla wielu ludzi (nie tylko w Europie ale i często dla mnie samego) codzienność niczym się nie różni od siebie. Nie potrafimy cieszyć się tym co przyszło: jak jest praca – to źle bo będziemy zmęczeni; jak jest impreza lub niedziela to też źle bo znowu trzeba iść do kościoła lub spotkać się z ludźmi no i w co się tu ubrać? … tak źle i tak niedobrze. Szkoda że nie potrafimy żyć kontrastami życiowymi i dzielić sobie czasu na Pana Boga, rodzinę, pracę, przyjaciół, przyjemności, hobby … i cieszyć się tym, bo naprawdę jest z czego się cieszyć.

sobota, 11 lutego 2017

Jedziemy …. minibusem

Czasami trzeba zmienić otoczenie … żeby nie zwariować.
Któregoś dnia postanowiłem wybrać się w odwiedziny. Chciałem pojechać do miejscowości, która nazywa się Trinidad. Jest to miasto departamentu Beni, liczy ponad 120 tyś mieszkańców, w rzeczywistości wygląda ono jak moje miasteczko gdzie nocuję tylko 4 razy większe. Powodem wyjazdu była chęć odwiedzin moich współbraci którzy pracują w Trinidad. Po drugie chciałem poznać to miasto, bo po przyjeździe do Boliwii pierwotnie tam miałem zamieszkać i pracować, ale z różnych względów mój boliwijski przełożony zmienił zdanie. Dlatego chciałem się tam wybrać.
Aby dostać się do Trinidadu można wsiąść do samochodu i udać się 300 km na północ. Ale co to za atrakcja jechać samochodem? Postanowiłem udać się tam tak, jak to czynią przeciętni Boliwijczycy czyli szukać jakiegoś busa lub coś co jedzie w danym kierunku. No to przyszedłem na miejsce skąd coś mogłoby mnie zawieść do Trinidad . Nie był parking ani jakiś dworzec. Niestety jak ja to mam w naturze - moje zezowate szczęście mnie nie opuszczało i akurat w tym dniu było bardzo deszczownie. A jak jest deszczownie to na drodze jest bagno … jak jest deszczownie to wszystko przemaka … jak jest deszczownie to cały syf jaki jest na drodze zaczyna pływać … czyli jest super. Znalazłem busik kilku osobowy który jechał w kierunku Trinidad ale tylko do połowy drogi czyli do granicy departamentu mojego (Santa Cruz) i departamentu Beni, bo dalej trzeba szukać innych busików.
W Europie zazwyczaj jest podawana godzina odjazdu busa, tutaj w Boliwii busy odjeżdżają wtedy, kiedy jest on pełny ludzi. Jak nie ma ludzi albo jak jest połowa to nie pojedzie. Więc nie wiadomo ile trzeba będzie czekać na wyjazd. Ktoś kto ma pecha przychodzi jako pierwszy i potem musi sporo czasu czekać.  Ja czekałem godzinę aż zbiorą się ludzie i spokojnie ruszymy. Dojechałem do granicy departamentu, tam wysiadłem, poszedłem szukać busa który jedzie do Trinidad. Na szczęście kiedy znalazłem go to było wystarczająco ludzi aby od razu ruszyć w drogę. Warunki jakie były w busie nie należały do luksusowych, siedzieliśmy jak sardynki, bo bus był mały. Było ciepło, to każdy się pocił czyli pachniało człowiekiem – ale było przyjemnie. Kiedy przyjechałem do Trinidad i wysiadłem na drodze - to mało brakowało, żebym cały nie wywalił się do bagna gdyż było tak mokro i ślisko, że nie można było nawet chodzić po tej mokrej ciapie.
Pierwszego dnia pobytu poszedłem do katedry odwiedzić współbrata, który tam jest proboszczem. Wieczorem miałem okazję jeść na kolację ogon kajmana. Szczerze mówiąc bardzo mi smakował bo jego mięso podobne jest do piersi z kurczaka tylko dużo twardsze i trochę inny ma smak. Kolejnego dnia na obiad udałem się do biskupa (nazywa się Julio) w Trinidad, który miał urodziny. Bardzo sympatyczny człowiek, jest on Hiszpanem, franciszkaninem. Wieczorem w katedrze sprawowałem razem z nim Eucharystię urodzinową. Było nas kilku przy ołtarzu w tym był biskup pomocniczy – Roberto (Włoch) – także franciszkanin. Miła atmosfera, czas spędzony na rozmowach ze współbraćmi i cisza jaka panowała w tym klasztorze – sprawiła, że bardzo psychicznie wypocząłem. Mogłem iść kiedy chciałem do kaplicy na modlitwę. Była okazja aby się spokojnie na podwórku napić kawy, patrząc na figurę św. Franciszka która znajduje się w środku naszego klasztoru. Był to dla mnie błogosławiony czas.
Na trzeci dzień trzeba było wracać do siebie. Więc ponownie oddałem się busem do granicy departamentu aby tam szukać kolejnego busa. Niestety jak przyjechałem i znalazłem busa, który jedzie do mojej miejscowości to okazało się że jestem pierwszy w kolejce do tego busa … więc sporo czasu spędziłem na oczekiwaniu innych ludzi aby bus się zapełnił i byśmy mogli wyruszyć. W tym czasie oczekiwania jak to mam w naturze usiadłem sobie sam na ławeczce, gdzie nie było ludzi. Następnie dosiadło się dwóch kierowców busików, którzy też oczekiwali na ludzi. Po pewnym czasie jeden z nich zagadał do mnie. Pytał się kim jestem, gdzie pracuję. Myślał, że jestem biologiem. Ponieważ 80 km stamtąd jest pewien mały ogród zoologiczny (ale nie do zwiedzania) którym zajmują się biologowie. Najprawdopodobniej co tydzień przyjeżdżają nowi i zmieniają tych którzy pracowali.  Pracują tam głównie albo tylko „biali” – więc kierowca idąc tym tokiem myślenia kombinował że jestem biologiem, no bo po co by tutaj na taką biedę przyjechał biały człowiek. Jak powiedziałem mu że jestem misjonarzem to zaraz rozpoczęła się rozmowa na tematy religijne, opowiadał mi o jego doświadczeniu Pana Boga itd. Było miło i nim się obejrzałem bus był już pełny ludzi i mogłem wyruszyć w drogę powrotną do siebie.

Czasami warto w życiu gdzieś wyjechać. Niekoniecznie w jakieś luksusowe miejsca, ale chwilowo zmienić otoczenie, doświadczyć innej rzeczywistości. Wyjść z domu, porozmawiać z innymi ludźmi. Codzienna praca, gonitwa z jednej rzeczy do drugiej (czego doświadcza się i na misjach) sprawiają, że życie nam ucieka i zaczynamy traktować je jak ciężar. Niewiele potrzeba aby doświadczyć czegoś nowego: wyjść spod ciepłej kołderki i wygodnego łóżka, wsiąść do autobusu, mieć przy sobie tylko najważniejsze rzeczy, kupić bilet i wyjechać … nie planować za dużo – a codzienność sprawi, że na pewno spotka nas coś miłego. Jeszcze jak w to wszystko władujemy Pana Boga i będziemy mieli czas na rozmowę z Nim to gwarantuję, że żaden deszcz, żaden smrodzik w busie pełnym spoconych ludzi nie będzie straszny.

piątek, 3 lutego 2017

Szarańcza

Szarańcza - tak ich nazywam … nadciągają niespodziewanie gdy tylko mnie zobaczą… robią zadymę … szukają pożywienia … kiedy są w grupie – nie opanujesz ich … o kim mowa? O dzieciach i młodzieży :-)

Dlaczego akurat szarańcza? Wiem … wiem pewnie myślicie, że jestem złośliwy tak ich nazywając. Nie nazywam ich tak aby ich obrazić; ale dzieciaki i młodzież często funkcjonują tutaj jak szarańcza ponieważ pojawiają się w stadzie :-). Jak tylko zauważą mnie to nagle cała ekipa nadciąga … każdy coś chce: jeden chleb, drugi napój, trzeci cukierek, inny chce się przytulić, ktoś tam pogłaskać mnie po głowie, dotknąć mojej brody … itd. Kiedy daję im coś do jedzenia to powstaje taki „dym”, że głowa boli: każdy chce zabrać coś dla siebie (jak najwięcej) – w grę wchodzi prawo dżungli – silniejszy bierze więcej. Dlatego muszę ich jakoś opanować, wychować i uczyć tego, że każdemu trzeba coś dać; należy dzielić się z innymi.

Te moje próby opanowania dzieci i uczenia ich pewnej kultury często biorą w łeb, ponieważ jak wracają do swoich domów to ponownie wzrastają w klimacie prawa dżungli: silniejszy wygrywa. Niestety tacy tutaj na Guarayos są ludzie: nie potrafią jakoś na spokojnie i roztropnie podejść do jedzenia, picia (szczególnie alkoholu). Jakby się im dało krowę do zjedzenia – to całą ją zjedzą, nie zostawią sobie nic na jutro. Nie potrafią oni myśleć przyszłościowo, aby sobie mięso podzielić na kilka dni – wszystko muszą zjeść i wypić – teraz; a co będzie jutro? Tym się nie martwią, liczy się teraz.

Często mężczyźni na koniec tygodnia pracy - jak dostaną pieniądze to idą je zaraz wydać. Nie potrafią nimi umiejętnie zarządzać – już nie mówiąc o oszczędzaniu. Niestety nie raz pieniądze te są przeznaczone przez nich na alkohol. Ludzie mają tutaj wielki problem z alkoholem. Jest to smutne – ale prawdziwe. Jak mają pieniądze i idą kupić sobie piwo (a piwo tutaj jest dobre) to piją tak długo aż się upiją albo aż zabraknie im pieniędzy. Niestety później pod wpływem alkoholu wzrastają przestępstwa i nie wiadomo co takiemu pijanemu Boliwijczykowi wpadnie do głowy. Moim zdaniem (choć podkreślam iż nie jestem specjalistą i nie mam wielkiego doświadczenia misyjnego) właśnie brak umiarkowania i zwykłego logicznego, zdrowego myślenia przyczynia się do biedy tych ludzi.

Przy tym wszystkim najczęściej cierpią dzieci i młodzież, ponieważ są w taki duchu wychowywani. Od młodości widzą alkohol, brak logicznego myślenia i później zachowują się tak a nie inaczej. W domu rodzicie za bardzo nie dbają o to żeby dzieci coś zjadły. W konsekwencji jak to mój współbrat powiedział: mają oni permanentny głód.

Nie jestem tutaj od tego, aby teraz narzucać im sztywny europejski, logiczny i trochę poukładany sposób myślenia (o ile my w Europie mamy logiczny sposób myślenia). To nie jest moja rola; taka jest tutaj kultura i muszę to zaakceptować, pewne rzeczy można cierpliwie proponować … proponować … proponować …proponować … a zrobią oni i tak to, co będą chcieli. Żal mi w tym wszystkim najbardziej chyba dzieci i młodzieży, ponieważ już na starcie swojego życia są oni pozbawiani zdrowej edukacji i wielu rzeczy które bez problemu mogliby tutaj otrzymać … trzeba tylko chcieć … Zdobyć zaufanie u dzieci jest tutaj trudno, ponieważ wielu z nich jest pokrzywdzone przez życie. Trzeba okazywać im ciągle wiele serdeczności, otwartości aby któregoś dnia mogły szczerze i z radością przybiec na twój widok … niczym szarańcza.