Jedziemy …. minibusem

Czasami trzeba zmienić otoczenie … żeby nie zwariować.
Któregoś dnia postanowiłem wybrać się w odwiedziny. Chciałem pojechać do miejscowości, która nazywa się Trinidad. Jest to miasto departamentu Beni, liczy ponad 120 tyś mieszkańców, w rzeczywistości wygląda ono jak moje miasteczko gdzie nocuję tylko 4 razy większe. Powodem wyjazdu była chęć odwiedzin moich współbraci którzy pracują w Trinidad. Po drugie chciałem poznać to miasto, bo po przyjeździe do Boliwii pierwotnie tam miałem zamieszkać i pracować, ale z różnych względów mój boliwijski przełożony zmienił zdanie. Dlatego chciałem się tam wybrać.
Aby dostać się do Trinidadu można wsiąść do samochodu i udać się 300 km na północ. Ale co to za atrakcja jechać samochodem? Postanowiłem udać się tam tak, jak to czynią przeciętni Boliwijczycy czyli szukać jakiegoś busa lub coś co jedzie w danym kierunku. No to przyszedłem na miejsce skąd coś mogłoby mnie zawieść do Trinidad . Nie był parking ani jakiś dworzec. Niestety jak ja to mam w naturze - moje zezowate szczęście mnie nie opuszczało i akurat w tym dniu było bardzo deszczownie. A jak jest deszczownie to na drodze jest bagno … jak jest deszczownie to wszystko przemaka … jak jest deszczownie to cały syf jaki jest na drodze zaczyna pływać … czyli jest super. Znalazłem busik kilku osobowy który jechał w kierunku Trinidad ale tylko do połowy drogi czyli do granicy departamentu mojego (Santa Cruz) i departamentu Beni, bo dalej trzeba szukać innych busików.
W Europie zazwyczaj jest podawana godzina odjazdu busa, tutaj w Boliwii busy odjeżdżają wtedy, kiedy jest on pełny ludzi. Jak nie ma ludzi albo jak jest połowa to nie pojedzie. Więc nie wiadomo ile trzeba będzie czekać na wyjazd. Ktoś kto ma pecha przychodzi jako pierwszy i potem musi sporo czasu czekać.  Ja czekałem godzinę aż zbiorą się ludzie i spokojnie ruszymy. Dojechałem do granicy departamentu, tam wysiadłem, poszedłem szukać busa który jedzie do Trinidad. Na szczęście kiedy znalazłem go to było wystarczająco ludzi aby od razu ruszyć w drogę. Warunki jakie były w busie nie należały do luksusowych, siedzieliśmy jak sardynki, bo bus był mały. Było ciepło, to każdy się pocił czyli pachniało człowiekiem – ale było przyjemnie. Kiedy przyjechałem do Trinidad i wysiadłem na drodze - to mało brakowało, żebym cały nie wywalił się do bagna gdyż było tak mokro i ślisko, że nie można było nawet chodzić po tej mokrej ciapie.
Pierwszego dnia pobytu poszedłem do katedry odwiedzić współbrata, który tam jest proboszczem. Wieczorem miałem okazję jeść na kolację ogon kajmana. Szczerze mówiąc bardzo mi smakował bo jego mięso podobne jest do piersi z kurczaka tylko dużo twardsze i trochę inny ma smak. Kolejnego dnia na obiad udałem się do biskupa (nazywa się Julio) w Trinidad, który miał urodziny. Bardzo sympatyczny człowiek, jest on Hiszpanem, franciszkaninem. Wieczorem w katedrze sprawowałem razem z nim Eucharystię urodzinową. Było nas kilku przy ołtarzu w tym był biskup pomocniczy – Roberto (Włoch) – także franciszkanin. Miła atmosfera, czas spędzony na rozmowach ze współbraćmi i cisza jaka panowała w tym klasztorze – sprawiła, że bardzo psychicznie wypocząłem. Mogłem iść kiedy chciałem do kaplicy na modlitwę. Była okazja aby się spokojnie na podwórku napić kawy, patrząc na figurę św. Franciszka która znajduje się w środku naszego klasztoru. Był to dla mnie błogosławiony czas.
Na trzeci dzień trzeba było wracać do siebie. Więc ponownie oddałem się busem do granicy departamentu aby tam szukać kolejnego busa. Niestety jak przyjechałem i znalazłem busa, który jedzie do mojej miejscowości to okazało się że jestem pierwszy w kolejce do tego busa … więc sporo czasu spędziłem na oczekiwaniu innych ludzi aby bus się zapełnił i byśmy mogli wyruszyć. W tym czasie oczekiwania jak to mam w naturze usiadłem sobie sam na ławeczce, gdzie nie było ludzi. Następnie dosiadło się dwóch kierowców busików, którzy też oczekiwali na ludzi. Po pewnym czasie jeden z nich zagadał do mnie. Pytał się kim jestem, gdzie pracuję. Myślał, że jestem biologiem. Ponieważ 80 km stamtąd jest pewien mały ogród zoologiczny (ale nie do zwiedzania) którym zajmują się biologowie. Najprawdopodobniej co tydzień przyjeżdżają nowi i zmieniają tych którzy pracowali.  Pracują tam głównie albo tylko „biali” – więc kierowca idąc tym tokiem myślenia kombinował że jestem biologiem, no bo po co by tutaj na taką biedę przyjechał biały człowiek. Jak powiedziałem mu że jestem misjonarzem to zaraz rozpoczęła się rozmowa na tematy religijne, opowiadał mi o jego doświadczeniu Pana Boga itd. Było miło i nim się obejrzałem bus był już pełny ludzi i mogłem wyruszyć w drogę powrotną do siebie.

Czasami warto w życiu gdzieś wyjechać. Niekoniecznie w jakieś luksusowe miejsca, ale chwilowo zmienić otoczenie, doświadczyć innej rzeczywistości. Wyjść z domu, porozmawiać z innymi ludźmi. Codzienna praca, gonitwa z jednej rzeczy do drugiej (czego doświadcza się i na misjach) sprawiają, że życie nam ucieka i zaczynamy traktować je jak ciężar. Niewiele potrzeba aby doświadczyć czegoś nowego: wyjść spod ciepłej kołderki i wygodnego łóżka, wsiąść do autobusu, mieć przy sobie tylko najważniejsze rzeczy, kupić bilet i wyjechać … nie planować za dużo – a codzienność sprawi, że na pewno spotka nas coś miłego. Jeszcze jak w to wszystko władujemy Pana Boga i będziemy mieli czas na rozmowę z Nim to gwarantuję, że żaden deszcz, żaden smrodzik w busie pełnym spoconych ludzi nie będzie straszny.

Komentarze