piątek, 31 marca 2017

Góry ... Jezioro Titicaca … i zgubione płuca.

Poznawanie naszej pracy misyjnej w Boliwii zaprowadziło mnie do miejscowości Capacabana. Dla wielu z nas ta miejscowość kojarzy się z brazylijską Capacabana gdzie znajduje się sławna plaża. Ku zaskoczeniu niektórym powiem, że Boliwia też ma swoją Copacabanę. Jest to małe miasteczko znajdujące się w górach na wysokości prawie 4000 metrów.
Miasteczko to w Boliwii jest bardzo znane, ponieważ znajduje się tutaj narodowe sanktuarium Maryjne, którym opiekują się franciszkanie – a najciekawsze jest to, że miejscowość leży nad Jeziorem Titicaca – najwyżej położone jezioro żeglowne na ziemi. Fajnie co nie? I do tego mamy tam klasztor :-) Jest to najbardziej znane sanktuarium Maryjne w całych Andach – przynajmniej tam mówią.
Skoro jest to sanktuarium Maryjne i to najważniejsze w Boliwii to musiałem się tam udać z osobistą pielgrzymką. Korzystając z okazji, że byłem w La Paz z którego jest niecałe 5 godzin autobusem do Copacabana – wykorzystałem tę możliwość i udałem się tam. Droga była bardzo ciekawa, podziwiałem boliwijski płaskowyż, który zaprowadził nas nad Jezioro Titicaca. Musieliśmy wysiąść z busa i udać się na prowizoryczny prom, ponieważ Copacabana znajduje się tak jakby na wyspie.
Po przepłynięciu promem na drugi brzeg, wszyscy wsiedli do busa i dalej ruszyliśmy w drogę po górskiej serpentynie (chyba ponad 40 km), która zaprowadziła nas aż do Copacabana. Po wyjściu z busa udałem się do naszego kościoła i klasztoru. Już na dzień dobry można zauważyć, że to bardzo popularne sanktuarium Maryjne, ponieważ wielu pielgrzymów było obecnych na tym miejscu. Oczywiście sporo turystów także jest w Copacabanie ale to ze względu na Jezioro Titicaca, które się tam znajduje. Pierwsze moje odczucie jakie miałem w Cocpacabanie? ZZZIIIMMMNNNNOOO!!! Jak się jest na takiej wysokości górskiej to musi być zimno, ale w Polsce jest chłodniej :-)
Bracia oczywiście serdecznie mnie przyjęli – bo co ze mną mieli zrobić? Jak już przyjechałem to trzeba przyjąć :-) Miałem niewiele czasu na poznanie Copacabany: sobotnie popołudnie i niedzielny poranek. Więc po wizycie w sanktuarium i modlitwie co zrobiłem? Oczywiście – udałem się nad Jezioro Titicaca. Aby tam kulturalnie nad jeziorkiem napić się małego boliwijskiego piwka - i tu się teraz wszyscy zgorszą … jak to franciszkanin pije piwo? Ano pije – ale z umiarem. Po uzupełnieniu moich kalorii udałem się … na kalwarię. Skoro to pielgrzymka to trochę wysiłku i umartwienia musi być.
Kalwaria to dosyć wysoka góra znajdująca się w blisko naszego sanktuarium. No to ja udałem się na kalwarię … w połowie drogi myślałem, że zgubiłem płuca i tu nie żartuję. Narzuciłem sobie normalne spacerowe tempo, ale zapomniałem, że im wyżej tym powietrze jest rzadsze i trudno się oddycha – w efekcie w połowie drogi musiałem zrobić sobie przerwę, która pozwoliła mi w miarę uspokoić mój oddech. Rzeczywiście była to dla mnie kalwaria, ale ludzie którzy też wychodzili ze mną - mieli podobny problem. Przy szlaku kalwaryjskim towarzyszyły murowane i kamienne stacje drogi krzyżowej, a kiedy już się wyszło na szczyt to znajdował się tam wysoki krzyż, a za nim … przepiękne widoki Jeziora Titicaca. Mogłem tam siedzieć i podziwiać długie na 190 km jezioro a po drugiej stronie jeziora już inny kraj – Peru.
Praca moich współbracie w Copacabanie na czym polega? Jest tam na chwilę obecną trzech ojców i dwóch braci zakonnych. Przede wszystkim zajmują się pielgrzymami i wyjeżdżają w góry bądź wypływają na wyspy znajdujące się na Jeziorze Titicaca aby tam ewangelizować, sprawować sakramenty i głosić katechezy. Można powiedzieć, że to normalna praca misyjna w terenie, może nie w dżungli ale w górach i na wyspach. Sporo mają wiosek pod sobą, dlatego na brak pracy nie narzekają. Na tych terenach górskich jest już inny język którym się ludzie posługują – ajmara, dlatego jeśli ktoś chce tutaj pracować warto poznać ten język, ponieważ nie wszyscy mówią po hiszpańsku. Jak już wam kiedyś wspominałem w Boliwii obowiązuje język hiszpański i 36 języków lokalnych – powodzenia dla tych, którzy chcieliby przynajmniej połowę poznać.
Wielu z was się pewnie zastanawia co ja tak podróżuję? Nie mam nic innego do roboty? Zazwyczaj nie podróżuję tak często; ale te moje wyjazdy mają ważne znaczenie i są częścią mojej pracy, ponieważ w najbliższym czasie (maj/czerwiec) franciszkanie w Boliwii będą mieli roszady personalne. Dlatego muszę trochę poznać pracę w górach i zobaczyć czy mój organizm jest w stanie wytrzymać na co dzień takie wysokości górskie. Pracę na wschodzie Boliwii (upał, dżungla) mniej/więcej znam; natomiast góry dopiero poznaję. Kto wie czy mi nie zlecą pracy misyjnej w górach – wszystko jest możliwe.
Matka Boska z Copacabany jest nie tylko patronką Boliwii ale również patronką tych, co mieszkają nad Jeziorem Titicaca, zarówno po stronie boliwijskiej, jak i peruwiańskiej. Kościół a dokładnie bazylika jest pod wezwaniem Matki Boskiej Gromnicznej lub jak chcą inni Matki Boskiej z Jeziora. Cudowna figura Matki Boskiej znajduje się w ołtarzu głównym. Twórcą rzeźby przedstawiającej Matkę Jezusa, zwaną Dziewicą z Copacabany, był Indianin Tito Yupanqui, którego posąg znajduje się obok kościoła na placu bazylikowym. Żył on w latach 1551 – 1608.

Nim się obejrzałem była już niedziela i trzeba było wracać do siebie do Cochabamby. Był to piękny czas i jestem Panu Bogu wdzięczny za możliwość chwilowego pobytu w Copacabanie. Na długo zapamiętam moje kalwaryjne wspinanie się. Myśląc sobie tak o tym; stwierdzam, że jest w tym zawarta pewna symbolika: kalwaria to nasze życie, idziemy pod górkę, mamy trudności, kryzysy, chwile kiedy już nie można normalnie oddychać i pojawiają się momenty zwątpienia. Czasami idziemy samotnie, innym razem jest ktoś obok nas … jednakże warto podążać dalej … powoli … bez pośpiechu ... ciesząc się każdym krokiem i wpatrując się w cel – szczyt gdzie jest krzyż … ale krzyż to nie koniec bo za krzyżem są piękne widoki prosto na … Zmartwychwstanie.
A swoją drogą mam takie dziwne przeczucie … że do Copacabany, do sanktuarium i na kalwarię jeszcze kiedyś wrócę. Zostawiłem tam coś bardzo ważnego … i to nie były moje płuca ale silne uczucie do tego miejsca.




piątek, 24 marca 2017

Wybuch … huk … uciekający ludzie

Krótko po moim przyjeździe do Cochabamby. Jeden z pierwszych dni rozpoczął się troszeczkę nietypowo dla mnie. Rano za moim oknem usłyszałem huk, jakby wybuch materiałów wybuchowych … po chwili zauważyłem uciekający tłum ludzi … Co to wojna? Nie … to zwykła tutejsza boliwijska manifestacja.
Cochabamba jest miastem gdzie prawie codziennie odbywają się manifestacje, strajki. Ludzie wychodzą na ulice aby walczyć o swoje prawa np. do odpowiednich wynagrodzeń, do wody, gazu, naprawy dróg. Nie ma tutaj jakiś ideologicznych manifestacji. Ludzie domagają się prostych i zwyczajnych warunków do życia. Często manifestacjom towarzyszy huk petard, który dla niewtajemniczonych brzmi jak strzały z broni. Nad demonstracjami policja ma swoją uwagę skupioną, aby nie doszło do niekontrolowanych wybuchów petard i zamieszek.
Kto bierze udział w takich manifestacjach? To jest dobre pytanie. Zazwyczaj kiedy jest ogłaszany strajk; są zobowiązani do niego wszyscy pracownicy. Brak ich obecności może wiązać się z karą pieniężną bądź też problemami w pracy. Więc wszyscy muszą być obecni i manifestować - czy się to komuś podoba czy nie. Poza tym w strajkach i manifestacjach biorą udział ludzie, którzy nie mają zielonego pojęcia po co jest dany strajk, ale są obecni bo im zapłacono. Więc można na takich strajkach także zarobić. Ludzie idą na manifestacje tylko po to aby robić sztuczny tłum i dostać za swoją obecność pieniądze. Oczywiście takie strajki nie tylko mają miejsce w Cochabambie. Ostatnio byłem w stolicy Boliwii czyli w La Paz aby odwiedzić moich współbraci. Tam także każdego dnia ludzie wychodzą na ulice i strajkują.
Dlaczego ludzie uciekają przed manifestacjami? To proste, aby nie prowokować. Inni biegną ile mają siły w nogach aby nie spóźnić się na przemarsz bo jak wcześniej wspomniałem grozi im wtedy kara pieniężna lub problemy w pracy. Oczywiście te strajki nie wiele zmieniają. Rzadko który polityk się tymi ludźmi przejmuje. Więc po co ludzie organizują te strajki? Jest kilka powodów: aby pokazać że po prostu są i krzyczą jak to Boliwijczycy maja w zwyczaju – dużo larma – mało konkretów, a po drugie dla tych ludzi to okazja aby się spotkać, po strajku napić się piwa, niektórzy jeszcze zarobią na tym … czyli nic konkretnego. Ogólnie obecna polityka nie za bardzo sprzyja obcokrajowcom. Zazwyczaj Europejczyk jest tutaj traktowany jak kolonizator. Niestety pokutuje jeszcze myślenie niewolnicze które tutaj wcześniej było, bo przecież Boliwia była kolonią Hiszpańską. Dlatego często obcokrajowcy maja tutaj różne problemy i trudności pod każdym względem. Nawet na budynku rządu w Boliwii w La Paz zawieszono zegar który wskazuje godziny do tyłu. Jest to pewien symbol, że Boliwia odlicza lata aż wróci do momentu kiedy nie została odkryta i skolonizowana przez Europejczyków.
A wracając do La Paz, gdzie się ostatnio udałem … jest to piękne miasto znajdujące się w górach na wysokości 3800 metrów – czyli jak ktoś ma problemy z wysokością górską to dla niego to miasto nie jest wskazane, chyba że ma przy sobie liście koki lub herbatkę z tych liści. Ogólnie La Paz (tłumacząc na język polski: pokój) jest miejscowością gęsto zabudowaną, nie posiada wiele drzew, ponieważ im wyżej w górach tym roślinność jest uboższa.
Miasto można obserwować z różnych stron i zboczy górskich, ponieważ znajduje się w dolinie. Z dalsza sprawia ono surowe i chłodne wrażenie, ale kiedy udamy się w głąb miasta to nie wiele ono odbiega od zwykłych miasteczek Europejskich. Ludzie którzy tutaj mieszkają mają inne rysy twarzy – nazywamy ich „kolia” – niewiele mówią, są bardzo nieufni co do obcokrajowców; tolerują nas ponieważ turyści mają pieniądze, które próbują od nas wyciągnąć przy pierwszej lepszej okazji proponując coś do kupienia. Osobiście miałem trochę śmieszną sytuację z tymi ludźmi. Pewien fryzjer widząc mnie spacerującego po mieście, wyszedł ze swojego zakładu i wskazując na moją brodę wołał: „Panie już trzeba byłoby się ogolić”, na co ja zareagowałem śmiechem. Rzeczywiście ludzie a dokładnie Boliwijczycy nie noszą brody, bo zazwyczaj nie mają zarostu na twarzy. Kiedy mnie pytają dlaczego się nie golę? Dlaczego nosze brodę? Nie chce mi się im tłumaczyć więc żartobliwie mówię że bez brody jestem bardzo przystojny i wtedy kobiety ma mszy nie potrafią się skupić bo ciągle na mnie patrzą – więc dla ich dobra nosze brodę aby nie miały pokus i rozproszeń. No ale rzeczywisty powód dla którego noszę brodę jest taki, że nie chce mi się codziennie golić J … wiem wiem pomyślicie, że jestem leń … i macie rację.
Kończąc powoli … z jednej strony zauważymy tutaj manifestacje a z drugiej strony La Paz czyli pokój. Ludzie w Boliwii sporo manifestują, ale mimo wszystko chcą oni żyć w pokoju. Nie oczekują luksusów ale zwykłego pokoju, harmonii, podstawowych warunków do życia. Cieszą się kiedy mają czas na spotkania rodzinne, kiedy coś kupią lub coś sprzedają. I choć huk petard, krzyki i liczny tłum na ulicach może budzić niepokój - to tak naprawdę jak ktoś z nich nie jest pijany lub podstawiony to krzywdy nie zrobią. Dobrze byłoby gdyby ta idea pokoju mocno trwała tutaj w Boliwii oraz w naszych sercach. Bo wzajemna zgoda, pokój i szacunek potrafią wiele dobra uczynić i ludzie choć nie mają wszystkiego są zadowoleni z życia … oby tak było tutaj w Boliwii i na świecie.


sobota, 18 marca 2017

Spódniczki mini i rozpalony ... grill

Pierwsze moje ważenia co do życia w Cochabambie określiłbym mianem: „różnorodność”. To co się tutaj dzieje i styl życia jaki panuje w tym mieście jest bardzo bogaty …
Oczywiście na początek należy wspomnieć o karnawale i sposobie jego przeżywania. Mówiąc o karnawale w Cochabambie wielu żartobliwie mówi że trwa on aż do wielkiego tygodnia – i jest w tym zawarta prawda. W ogóle karnawał jest tutaj czasem wyjątkowym. Rozpoczął się on głównymi obchodami polegającymi na tym że w centrum miasta zamknięto ulice, wzdłuż drogi poukładano ławki i krzesła; stwarzając niczym trybuny jak na stadionie piłkarskim, a wszystko po to bo przez około 14 godzin będzie trwał „corso” czyli przemarsz a raczej taniec poszczególnych grup które w kolorowych strojach, oryginalnym kroju budzą nadzwyczajne zainteresowanie ludzi.
Każdej tańczącej grupie towarzyszy orkiestra która nadaje odpowiedni rytm do tańca. Ludzie są zachwyceni przepięknymi strojami, oryginalnymi tańcami … i spódniczkami mini, które mają założone dziewczyny cieszące oko siedzących na „trybunach” mężczyzn. Ilość grup które biorą udział w pochodzie i pokazie tanecznym jest bardzo wiele. Cały pokaz trwa od 9:00 rana do 23:00 w nocy – więc łatwo można się domyśleć jak wiele jest tańczących ludzi, którzy chcą się zaprezentować z jak najlepszej strony. Podczas występów ludzie kupują sprzedawane na ulicy pianki w sprayu. Jest taki tutaj zwyczaj że tymi piankami spryskuje się wszystkich którzy przechodzą obok. Nikt się nie burzy tym, że wygląda jak chodząca pianka do golenia. Ja podczas występów miałem na sobie bluzę z kapturem więc zakładałem kaptur na głowę aby przynajmniej twarz nie była cała w piance. W niektórych miejscach dosłownie odbywała się wojna na piankę – ludzie jak szaleni spryskiwali siebie nawzajem i po jakimś czasie wyglądali jak bałwany.
Całej imprezie karnawałowej towarzyszą liczne stoiska na których można kupić jedzenie i inne artykuły karnawałowe: maski, wstążki itd. Przez kolejne niedziele zabawa karnawałowa będzie miała miejsce w różnych dzielnicach miasta, już nie tak hucznie jak to było podczas obchodów centralnych, ale mimo wszystko będzie kolorowo, głośno i tanecznie … i tak prawie aż do wielkiego tygodnia. Ludzie niesamowicie się wtedy bawią, choć z przykrością muszę stwierdzić że i nie brakuje tutaj tych którzy podczas zabawy mają problem z alkoholem i narkotykami. W kolorowy styl zabawy karnawałowej pięknie komponują się tutejsze stare autobusy, które na co dzień kursują po mieście. Dla nas Europejczyków są one zabytkowe, natomiast dla Boliwijczyków to normalny, zwykły bus. Jeżdżą one co chwilę i w każdym kierunku miasta, więc są dobrym środkiem komunikacji miejskiej.
Na chodnikach, przy sklepach i nie raz w środku budynków można zauważyć małe jak ja to nazywam „grille” - piecyki na których pali się wiele różnych rzeczy. Początkowo widząc to myślałem, że ludzie sobie grilla rozpalają, ale potem jeden z moich współbraci wytłumaczył mi, że jest to stary indiański zwyczaj składania ofiary pachamamie (czyta się paćamamie) czyli matce ziemi. Ogniska te ludzie palą w pierwszy wtorek miesiąca – prosząc w ten sposób o powodzenie w interesach; oraz w ostatni piątek miesiąca jako podziękowanie za zyski. Podczas spalania wrzucają do ogniska chyba jakieś kadzidełka bądź inne dziadostwo bo zazwyczaj tyle dymu z tego jest, że gdy takie ognisko rozpalane jest w środku sklepu to można się udusić. Wydawało by się, że duże cywilizowane miasto a tu proszę jeszcze stare wierzenia indiańskie ciągle są aktualne.


Widząc to, z jednej strony niektórych ludzi może to dziwić a nawet bulwersować, że jeszcze takie pogaństwo jest w Boliwii, ale z drugiej strony warto zobaczyć jakie ci ludzie mają silne poczucie tego, że ich życie zależy od pachamamy – matki ziemi, bo na rozpoczęcie pracy i wszelkiego interesu proszą o pomoc i na zakończenie dziękują za zyski oraz zbiory. Daje mi to wiele do myślenia … czy i ja pamiętam o tym aby prosić Boga o pomoc, a po wszystkim czy jestem wdzięczny za to, co otrzymałem od Niego? I choć nie muszę rozpalać małego grilla aby złożyć ofiarę, ale zawsze mogę złożyć Bogu ofiarę z mojego czasu, aby z Nim porozmawiać, skorzystać z sakramentów, poczytać Słowo Boże i być świadomym tego, że bez Niego niewiele mogę uczynić.

sobota, 11 marca 2017

Pies w habicie

Przyszedł czas na to, co najbardziej lubię – wędrowanie. Trzeba spakować torbę i ruszyć w drogę. Znowu nowe miejsce, nowi ludzie …  nowe sytuacje... będzie fajnie i ciekawie. 
Podróż do Cochabamby minęła mi dobrze. Rano wyjechałem autobusem z Ascencion i po ponad 5 godzinach dojechałem do Santa Cruz. Następnie szukałem taksówki aby dojechać na lotnisko; a z lotniska już samolotem na wysokość 2500 metrów – bo na takiej wysokości znajduje się miasto Cochabamba gdzie przez ponad miesiąc będę mieszkał. Z lotniska odebrali mnie już współbracia i pojechaliśmy do naszego klasztoru gdzie wieczorem zjadłem z nimi kolację i celebrowałem Eucharystię … i tak minął dzień pierwszy.
Cochabamba znajduje się w górach więc nie trudno się domyśleć że jest tutaj zimno. Choć dla Polaków 15 stopni ciepła to optymalna temperatura – ale dla mnie nie!!! Dlaczego? Prosta odpowiedź: przez 5 miesięcy mieszkałem na Guarayos gdzie temperatura jest ponad 30 stopni, więc szybka zmiana klimatu i spadek temperatury sprawia że nawet 15 stopni ciepła, deszcz - to swoista zima. Po kilku dniach organizm już się przyzwyczaił do temperatury (pomógł mi w tym sweter i pełne buty) oraz do wysokości (pomogła mi herbata z liśćmi koki – nie mylić z kokainą !!!). Klasztor i zarazem kościół który tutaj mamy do najmniejszych i najmłodszych nie należą. Kościół ma swój stary, hiszpański styl i posiada chór dla zakonników w którym codziennie wieczorem się modlimy. W środku klasztor ma piękny wirydarz czyli ogród.
Szczerze mówiąc mój pobyt tutaj to dla mnie osobiście powrót do lat seminaryjnych, ponieważ w klasztorze gdzie jestem mieszkają nasi franciszkańscy klerycy (jest ich 14). Często z nimi rozmawiam, żartuję, pytam jak na studiach (trochę pocieszam jak im jest ciężko), gramy w piłkę nożną no i niestety bywają momenty że podpuszczam ich aby zrobili jakiś żart :-) Czasami mam wrażenie że to ja tutaj jestem bardziej rozbrykany niż oni – no ale cóż taki mam charakter. Oprócz kleryków mieszka tutaj 4 zakonników: o. Juan Carlos - gwardian (przełożony domu), o. Abelino - wychowawca kleryków, o. Kacper – Polak, wykładowca uniwersytecki oraz jeden dziadek – jeszcze imienia jego nie zdążyłem poznać ale nazywają go „socio” czyli przyjaciel, kumpel. Jest tutaj także pies, któremu ostatnio uszyto habit. Oczywiście na co dzień go nie nosi – tylko na potrzeby fotografii i atrakcji turystycznych.
Tak więc … walizka rozpakowana ... poznałem klasztor, współbraci; klerycy już się na mnie poznali i wiedzą że jak potrzeba jakiegoś człowieka żeby zrobić coś głupiego i psotnego w klasztorze to wiedzą gdzie pukać – do mnie … teraz trzeba poznać troszeczkę miasto no i poszukać kogoś kto będzie miał ze mną krótkie konwersacje aby sprawdzić mój hiszpański, poprawić to co mówię źle i nauczyć czegoś nowego – jednym słowem znów coś nowego – i to mi się podoba. Cieszę się z tej chwilowej przeprowadzki bo nie wiem jak wy ale ja w takich sytuacjach odżywam – nie lubię monotonii.
To co najbardziej mi się w tym klasztorze podoba to kaplica i oratorium czyli miejsce gdzie na spokojnie będę mógł się pomodlić – strzał w dziesiątkę - akurat na wielki post. Po bieganinie jaka była w San Pablo trochę ciszy i seminaryjnego skupienia mi nie zaszkodzi. Warto zainwestować w ten czas 40 dniowej pokuty, bo na pewno wiele Pan Bóg może zmienić w naszym życiu duchowym. Jeśli ktoś z was jeszcze nie ma postanowienia wielkopostnego to zachęcam: znajdźcie w ciągu dnia chwilę ciszy i pogadajcie z Panem Bogiem, bo On czeka na was.

piątek, 3 marca 2017

Zgrupowanie kadry

Kiedyś jak przygotowywałem się do wstąpienia do klasztoru, co jakiś czas wyjeżdżałem z domu, aby spotkać się ze znajomymi którzy razem ze mną mieli wstąpić do zakonu. Jeden z moich przyjaciół często używał określenia że „ jadę na zgrupowanie kadry”. Jakiś czas temu byłem na takim zgrupowaniu …
Dla Franciszkanów w Boliwii przyszedł czas na to, aby wszyscy zakonnicy się spotkali i wybrali nowego prowincjała (szefa, którzy będzie kierował prowincją boliwijską). Miejscem spotkania była Tarata, piękna wioska położona w górach na wysokości około 2500 metrów. Przyjechało sporo franciszkanów – oczywiście ja też się tam udałem. Podczas pobytu nie tylko wybraliśmy nowego „szefa” i jego doradców ale także rozmawialiśmy o przyszłości prowincji boliwijskiej. Niestety liczba franciszkanów a dokładnie misjonarzy jest mała, a pracy mamy sporo. W konsekwencji coraz częściej pojawiały się głosy że musimy opuścić niektóre miejsca gdzie pracujemy ponieważ fizycznie nie jesteśmy w stanie wszystkich obstawić.

Z kapitułą bo tak dokładnie się nazywa to spotkanie była mocno związana postać wizytatora generalnego – o. Armando Montoya OFM, który pracuje w Kolumbii a został przysłany przez naszego generała z Rzymu aby zwizytował wszystkie klasztory i przygotował nas do kapituły. Dla mnie osobiście o. Armando wywarł niesamowite wrażenie, może nie należy do najmłodszego pokolenia franciszkanów, ale jako współbrat na nowo rozpalił we mnie zapał franciszkański. Dawno nie spotkałem tak serdecznego i dobrego człowieka. Dosłownie ta dobroć jego emanowała na odległość. Podczas wizytowania klasztorów przyjechał także do mnie do Ascención gdzie szczerze ze sobą porozmawialiśmy. Znamy się krótko ale bardzo wiele mu zawdzięczam. Jestem wdzięczny Panu Bogu że mi go przysłał bo właśnie takiej osoby potrzebowałem. Myślę że każdy z nas w życiu spotkał kogoś, kto wywarł na nas wielkie wrażanie. Kogoś kto zmienił nasze spojrzenie na świat, na nowo zainspirował. Dla mnie taką osobą jest o. Armando.
Kapituła przebiegła bardzo sprawnie. Świeże suche górskie powietrze wielu nam dobrze zrobiło, choć nie brakowało zakonników, dla których ta wysokość i klimat miały negatywny wpływ na zdrowie. Jeśli chodzi o mnie to ja czułem się świetnie. Po wybraniu nowego zarządu czekają nas teraz decyzje przełożonych co do zmian placówek. Oczywiście o tym dopiero się dowiemy w maju lub czerwcu. Jednakże pewne decyzje już zostały przez nich podjęte. Jedna z pierwszych decyzji nowego prowincjała i jego definitorium (doradców) dotyczy mnie: na półtorej miesiąca mam przeprowadzić się do Cochabamby do klasztoru gdzie znajduje się nasze franciszkańskie seminarium. Przez ten czas mam podszkolić się w języku hiszpańskim, ponieważ jeszcze mam problem w sprawnym posługiwaniu się tym językiem.
Osobiście cieszę się z tej chwilowej przeprowadzki. Poznam nowe miejsce, nowych ludzi, czekają mnie nowe przygody. Pozostawiam więc moją parafię w San Pablo. Trochę się do tych ludzi przyzwyczaiłem, przypuszczam, że oni do mnie też. Szkoda mi tylko że nikt w zastępstwie tam za mnie nie przyjdzie aby sprawować Eucharystię. Teraz ci ludzie będą mieli tylko raz w tygodniu mszę świętą. Niestety jest to smutne ale takie są boliwijskie realia. Mam nadzieję że Pan Bóg się o nich zatroszczy i po moim powrocie nie będę musiał od zera układać tego co już udało mi się tam zrobić.