piątek, 31 marca 2017

Góry ... Jezioro Titicaca … i zgubione płuca.

Poznawanie naszej pracy misyjnej w Boliwii zaprowadziło mnie do miejscowości Capacabana. Dla wielu z nas ta miejscowość kojarzy się z brazylijską Capacabana gdzie znajduje się sławna plaża. Ku zaskoczeniu niektórym powiem, że Boliwia też ma swoją Copacabanę. Jest to małe miasteczko znajdujące się w górach na wysokości prawie 4000 metrów.
Miasteczko to w Boliwii jest bardzo znane, ponieważ znajduje się tutaj narodowe sanktuarium Maryjne, którym opiekują się franciszkanie – a najciekawsze jest to, że miejscowość leży nad Jeziorem Titicaca – najwyżej położone jezioro żeglowne na ziemi. Fajnie co nie? I do tego mamy tam klasztor :-) Jest to najbardziej znane sanktuarium Maryjne w całych Andach – przynajmniej tam mówią.
Skoro jest to sanktuarium Maryjne i to najważniejsze w Boliwii to musiałem się tam udać z osobistą pielgrzymką. Korzystając z okazji, że byłem w La Paz z którego jest niecałe 5 godzin autobusem do Copacabana – wykorzystałem tę możliwość i udałem się tam. Droga była bardzo ciekawa, podziwiałem boliwijski płaskowyż, który zaprowadził nas nad Jezioro Titicaca. Musieliśmy wysiąść z busa i udać się na prowizoryczny prom, ponieważ Copacabana znajduje się tak jakby na wyspie.
Po przepłynięciu promem na drugi brzeg, wszyscy wsiedli do busa i dalej ruszyliśmy w drogę po górskiej serpentynie (chyba ponad 40 km), która zaprowadziła nas aż do Copacabana. Po wyjściu z busa udałem się do naszego kościoła i klasztoru. Już na dzień dobry można zauważyć, że to bardzo popularne sanktuarium Maryjne, ponieważ wielu pielgrzymów było obecnych na tym miejscu. Oczywiście sporo turystów także jest w Copacabanie ale to ze względu na Jezioro Titicaca, które się tam znajduje. Pierwsze moje odczucie jakie miałem w Cocpacabanie? ZZZIIIMMMNNNNOOO!!! Jak się jest na takiej wysokości górskiej to musi być zimno, ale w Polsce jest chłodniej :-)
Bracia oczywiście serdecznie mnie przyjęli – bo co ze mną mieli zrobić? Jak już przyjechałem to trzeba przyjąć :-) Miałem niewiele czasu na poznanie Copacabany: sobotnie popołudnie i niedzielny poranek. Więc po wizycie w sanktuarium i modlitwie co zrobiłem? Oczywiście – udałem się nad Jezioro Titicaca. Aby tam kulturalnie nad jeziorkiem napić się małego boliwijskiego piwka - i tu się teraz wszyscy zgorszą … jak to franciszkanin pije piwo? Ano pije – ale z umiarem. Po uzupełnieniu moich kalorii udałem się … na kalwarię. Skoro to pielgrzymka to trochę wysiłku i umartwienia musi być.
Kalwaria to dosyć wysoka góra znajdująca się w blisko naszego sanktuarium. No to ja udałem się na kalwarię … w połowie drogi myślałem, że zgubiłem płuca i tu nie żartuję. Narzuciłem sobie normalne spacerowe tempo, ale zapomniałem, że im wyżej tym powietrze jest rzadsze i trudno się oddycha – w efekcie w połowie drogi musiałem zrobić sobie przerwę, która pozwoliła mi w miarę uspokoić mój oddech. Rzeczywiście była to dla mnie kalwaria, ale ludzie którzy też wychodzili ze mną - mieli podobny problem. Przy szlaku kalwaryjskim towarzyszyły murowane i kamienne stacje drogi krzyżowej, a kiedy już się wyszło na szczyt to znajdował się tam wysoki krzyż, a za nim … przepiękne widoki Jeziora Titicaca. Mogłem tam siedzieć i podziwiać długie na 190 km jezioro a po drugiej stronie jeziora już inny kraj – Peru.
Praca moich współbracie w Copacabanie na czym polega? Jest tam na chwilę obecną trzech ojców i dwóch braci zakonnych. Przede wszystkim zajmują się pielgrzymami i wyjeżdżają w góry bądź wypływają na wyspy znajdujące się na Jeziorze Titicaca aby tam ewangelizować, sprawować sakramenty i głosić katechezy. Można powiedzieć, że to normalna praca misyjna w terenie, może nie w dżungli ale w górach i na wyspach. Sporo mają wiosek pod sobą, dlatego na brak pracy nie narzekają. Na tych terenach górskich jest już inny język którym się ludzie posługują – ajmara, dlatego jeśli ktoś chce tutaj pracować warto poznać ten język, ponieważ nie wszyscy mówią po hiszpańsku. Jak już wam kiedyś wspominałem w Boliwii obowiązuje język hiszpański i 36 języków lokalnych – powodzenia dla tych, którzy chcieliby przynajmniej połowę poznać.
Wielu z was się pewnie zastanawia co ja tak podróżuję? Nie mam nic innego do roboty? Zazwyczaj nie podróżuję tak często; ale te moje wyjazdy mają ważne znaczenie i są częścią mojej pracy, ponieważ w najbliższym czasie (maj/czerwiec) franciszkanie w Boliwii będą mieli roszady personalne. Dlatego muszę trochę poznać pracę w górach i zobaczyć czy mój organizm jest w stanie wytrzymać na co dzień takie wysokości górskie. Pracę na wschodzie Boliwii (upał, dżungla) mniej/więcej znam; natomiast góry dopiero poznaję. Kto wie czy mi nie zlecą pracy misyjnej w górach – wszystko jest możliwe.
Matka Boska z Copacabany jest nie tylko patronką Boliwii ale również patronką tych, co mieszkają nad Jeziorem Titicaca, zarówno po stronie boliwijskiej, jak i peruwiańskiej. Kościół a dokładnie bazylika jest pod wezwaniem Matki Boskiej Gromnicznej lub jak chcą inni Matki Boskiej z Jeziora. Cudowna figura Matki Boskiej znajduje się w ołtarzu głównym. Twórcą rzeźby przedstawiającej Matkę Jezusa, zwaną Dziewicą z Copacabany, był Indianin Tito Yupanqui, którego posąg znajduje się obok kościoła na placu bazylikowym. Żył on w latach 1551 – 1608.

Nim się obejrzałem była już niedziela i trzeba było wracać do siebie do Cochabamby. Był to piękny czas i jestem Panu Bogu wdzięczny za możliwość chwilowego pobytu w Copacabanie. Na długo zapamiętam moje kalwaryjne wspinanie się. Myśląc sobie tak o tym; stwierdzam, że jest w tym zawarta pewna symbolika: kalwaria to nasze życie, idziemy pod górkę, mamy trudności, kryzysy, chwile kiedy już nie można normalnie oddychać i pojawiają się momenty zwątpienia. Czasami idziemy samotnie, innym razem jest ktoś obok nas … jednakże warto podążać dalej … powoli … bez pośpiechu ... ciesząc się każdym krokiem i wpatrując się w cel – szczyt gdzie jest krzyż … ale krzyż to nie koniec bo za krzyżem są piękne widoki prosto na … Zmartwychwstanie.
A swoją drogą mam takie dziwne przeczucie … że do Copacabany, do sanktuarium i na kalwarię jeszcze kiedyś wrócę. Zostawiłem tam coś bardzo ważnego … i to nie były moje płuca ale silne uczucie do tego miejsca.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.