Pies w habicie

Przyszedł czas na to, co najbardziej lubię – wędrowanie. Trzeba spakować torbę i ruszyć w drogę. Znowu nowe miejsce, nowi ludzie …  nowe sytuacje... będzie fajnie i ciekawie. 
Podróż do Cochabamby minęła mi dobrze. Rano wyjechałem autobusem z Ascencion i po ponad 5 godzinach dojechałem do Santa Cruz. Następnie szukałem taksówki aby dojechać na lotnisko; a z lotniska już samolotem na wysokość 2500 metrów – bo na takiej wysokości znajduje się miasto Cochabamba gdzie przez ponad miesiąc będę mieszkał. Z lotniska odebrali mnie już współbracia i pojechaliśmy do naszego klasztoru gdzie wieczorem zjadłem z nimi kolację i celebrowałem Eucharystię … i tak minął dzień pierwszy.
Cochabamba znajduje się w górach więc nie trudno się domyśleć że jest tutaj zimno. Choć dla Polaków 15 stopni ciepła to optymalna temperatura – ale dla mnie nie!!! Dlaczego? Prosta odpowiedź: przez 5 miesięcy mieszkałem na Guarayos gdzie temperatura jest ponad 30 stopni, więc szybka zmiana klimatu i spadek temperatury sprawia że nawet 15 stopni ciepła, deszcz - to swoista zima. Po kilku dniach organizm już się przyzwyczaił do temperatury (pomógł mi w tym sweter i pełne buty) oraz do wysokości (pomogła mi herbata z liśćmi koki – nie mylić z kokainą !!!). Klasztor i zarazem kościół który tutaj mamy do najmniejszych i najmłodszych nie należą. Kościół ma swój stary, hiszpański styl i posiada chór dla zakonników w którym codziennie wieczorem się modlimy. W środku klasztor ma piękny wirydarz czyli ogród.
Szczerze mówiąc mój pobyt tutaj to dla mnie osobiście powrót do lat seminaryjnych, ponieważ w klasztorze gdzie jestem mieszkają nasi franciszkańscy klerycy (jest ich 14). Często z nimi rozmawiam, żartuję, pytam jak na studiach (trochę pocieszam jak im jest ciężko), gramy w piłkę nożną no i niestety bywają momenty że podpuszczam ich aby zrobili jakiś żart :-) Czasami mam wrażenie że to ja tutaj jestem bardziej rozbrykany niż oni – no ale cóż taki mam charakter. Oprócz kleryków mieszka tutaj 4 zakonników: o. Juan Carlos - gwardian (przełożony domu), o. Abelino - wychowawca kleryków, o. Kacper – Polak, wykładowca uniwersytecki oraz jeden dziadek – jeszcze imienia jego nie zdążyłem poznać ale nazywają go „socio” czyli przyjaciel, kumpel. Jest tutaj także pies, któremu ostatnio uszyto habit. Oczywiście na co dzień go nie nosi – tylko na potrzeby fotografii i atrakcji turystycznych.
Tak więc … walizka rozpakowana ... poznałem klasztor, współbraci; klerycy już się na mnie poznali i wiedzą że jak potrzeba jakiegoś człowieka żeby zrobić coś głupiego i psotnego w klasztorze to wiedzą gdzie pukać – do mnie … teraz trzeba poznać troszeczkę miasto no i poszukać kogoś kto będzie miał ze mną krótkie konwersacje aby sprawdzić mój hiszpański, poprawić to co mówię źle i nauczyć czegoś nowego – jednym słowem znów coś nowego – i to mi się podoba. Cieszę się z tej chwilowej przeprowadzki bo nie wiem jak wy ale ja w takich sytuacjach odżywam – nie lubię monotonii.
To co najbardziej mi się w tym klasztorze podoba to kaplica i oratorium czyli miejsce gdzie na spokojnie będę mógł się pomodlić – strzał w dziesiątkę - akurat na wielki post. Po bieganinie jaka była w San Pablo trochę ciszy i seminaryjnego skupienia mi nie zaszkodzi. Warto zainwestować w ten czas 40 dniowej pokuty, bo na pewno wiele Pan Bóg może zmienić w naszym życiu duchowym. Jeśli ktoś z was jeszcze nie ma postanowienia wielkopostnego to zachęcam: znajdźcie w ciągu dnia chwilę ciszy i pogadajcie z Panem Bogiem, bo On czeka na was.

Komentarze