Ciepło, ciepełko …

Powrót z gór a dokładnie z Cochabamby okazał się dobrym momentem, ponieważ już tęskniłem za ciepłem, wysoką temperaturą jaka jest na Guarayos.
Wielki tydzień rozpoczęliśmy od wyjazdu do kościoła katedralnego który znajduje się w Concepcion - niecałe 300 km od Guarayos. Udaliśmy się tam w poniedziałek po obiedzie, aby wieczorem spotkać się z biskupem, księżmi i pozałatwiać kilka spraw duszpasterskich. We wtorek rano w gronie kapłańskim modliliśmy się brewiarz (ja jak zwykle się spóźniłem, ponieważ nie wiedziałem że będziemy mieli wspólne modlitwy – no cóż ja to zawsze mam swój świat …), po modlitwach w katedrze poszliśmy na śniadanie, po którym było kolejne spotkanie duszpasterskie i msza święta krzyżma … wiem wiem w Polsce ta msza święta jest w wielki czwartek rano … w Boliwii w warunkach misyjnych sprawujemy ją we wtorek. Podczas mszy świętej czułem się zaszczycony ponieważ to ja trzymałem dwa naczynia z olejami, które błogosławił biskup. Modlitwa błogosławieństwa się przedłużała a mnie zaczęły boleć ręce – no ale cóż wybrali do tego największego twardziela :-) Po obiedzie wskoczyliśmy w samochód i każdy ruszył na swoją misję.
W wielką środę celebrowaliśmy w Boliwii dzień dziecka a następnie od czwartku ruszył normalny tryb świętowania. W wielki czwartek sprawowałem Eucharystię po której do północy była adoracja Pana Jezusa z ciemnicy. W wielki piątek tradycyjnie liturgia męki pańskiej, droga krzyżowa przygotowana przez młodzież w formie teatralnej – a wszystko odbywało się na ulicach wioski; no i wieczorem tradycyjna droga krzyżowa z ciałem a dokładnie figurą Pana Jezusa, którą nieśli ludzie. Po wszystkim do północy ludzie adorowali ciało Pana Jezusa a po adoracji czyli północy był ciepły napój i coś do zjedzenia dla wszystkich którzy wytrwali. W wielką sobotę na Guarayos nie błogosławi się pokarmów, nie ma także śniadania wielkanocnego – ludzie tutaj nie znają tego zwyczaju. Oczywiście wieczorem sprawowałem wigilię paschalną; a w niedzielę rano była procesja rezurekcyjna. Przez ten czas triduum paschalnego nie nocowałem w klasztorze tylko na parafii gdzie posługiwałem. Ministranci słysząc o tym że będę u nich nocował na parafii, tak się ucieszyli i chcieli mi towarzyszyć - więc spali w jednym pokoju który jest przy zakrystii. Tak więc miałem towarzystwo.
W Wielkanoc po całej gonitwie mogłem spokojnie przejechać na obiad do sióstr zakonnych aby razem z nimi celebrować Zmartwychwstanie Pana Jezusa. Obecnie zostałem sam ponieważ moi współbracia wyjechali do Santa Cruz, więc teraz mam na głowie dwie parafie – ale jakoś daje rade. Oczywiście za jakiś czas znowu będę wracał do Cochabamby – w góry; dlatego korzystam z ciepłego i czystego powietrza który mamy tutaj na Guarayos. Przy okazji i wam chciałbym życzyć dużo nadziei płynącej ze Zmartwychwstania Pana Jezusa.

Komentarze