sobota, 8 kwietnia 2017

Nigdy nie ufaj kobiecie :-)

Czas wrócić na Guarayos czyli miejsca gdzie rozpocząłem moją pracę misyjną w Boliwii.

Szczerze mówiąc bardzo się cieszyłem z faktu, że na chwile wyjadę z Cochabamby aby przyjechać na Guarayos. Cochabamba jest jak dla mnie dużym miastem, natomiast Guarayos to tereny wiejskie gdzie króluje zieleń, dżungla i palmy.  Powietrze jest czyste, słonce mocno przygrzewa, wysoka wilgotność powietrza, mnóstwo komarów … ale tęskniłem za tym … a chyba najbardziej za parafią którą zostawiłem. Teoretycznie ta parafia nie została porzucona przeze mnie ponieważ w ciągu tygodnia przyjeżdżał tam franciszkanin Boliwijczyk a na niedzielę Polak. Choć bałem się bo nie wiedziałem co zastanę po powrocie.

Kiedy przyjechałem dzieci na mój widok bardzo się ucieszyły, bo chyba to właśnie z nimi najbardziej się zżyłem. Przybiegły do mnie, przytuliły mnie … ja jak zwykle zrobiłem jakieś żarty, żeby było śmiesznie i tak rozpoczął się mój powrót do parafii. Oczywiście jak dorośli przyszli to jedna z pierwszych spraw którą poruszyli to brak pieniędzy. Znają mnie dobrze i wiedzą że zazwyczaj jak proszą o pieniądze to dostaną, choć mam czasami wrażenie, że mnie naciągają … no ale to już zostawmy. Oczywiście po powrocie zauważyłem sporo rzeczy do zrobienia. Oprócz wydatków pieniężnych to w kościele popsuły się lampy (tak same od siebie), zepsuło się nagłośnienie (tak same od siebie), znikły kable i inne części (tak same od siebie) … i choć teoretycznie tą parafią opiekowali się inni zakonnicy … to … może zostawię to bez komentarza. Czasami zostawienie parafii grozi zupełnym spustoszeniem.
A propo spustoszenia … tuż przed powrotem na Guarayos poszedłem w Cochabambie na targ. Niestety Wyprawa na targ okazała się bardzo zgubna … zostałem okradziony ... a to za sprawą pewnej dziewczyny. Przechodząc obok straganów jedna dziewczyna znajdująca się obok mnie „przypadkowo” opuściła swoje rzeczy. Ja jako kulturalny Polak chciałem jej pomóc. Niestety w tym czasie z drugiej strony z mojej kieszeni nic nie czując … panowie współpracujący z „biedną, nieporadną dziewczyną” wyciągnęli telefon, który niedawno kupiłem w Boliwii. Kiedy zorientowałem się że zostałem okradziony nikogo już nie było … ani dziewczyny … ani tych którzy swoimi łapskami wyciągnęli nie swoje rzeczy. Przypomina mi się tutaj piosenka: ... nigdy nie wierz kobiecie :P

Cochabamba jest miastem gdzie ludzie często okradają innych a szczególnie ludzi "białych". My "biali" jak to raz usłyszałem jesteśmy dla nich niczym "bogami". Ludzie myślą że przyjeżdżamy z workami pieniędzy. Dlatego często ofiarą kradzieży jest obcokrajowiec. Niestety obcokrajowcy mają także trudności w urzędach, na policji; często inny cennik jest dla „białych” w sklepach, muzeach, taksówkach … Smutne to ale nic się nie zrobi … takie życie. Choć jak to się mówi: życie jest fajne tylko my je tak utrudniamy i komplikujemy. No ale teraz jestem n Gurayos gdzie jet inny świat: większa bieda, inna mentalność ... i spooooooooro pracy aby przygotować święta w parafii.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.