sobota, 22 lipca 2017

Rzeczywistość misyjna

Podróż do Boliwii mogę zaliczyć za szczęśliwą. Choć godzinowo długo ona trwała bo od wyjazdu z Panewnik do przylotu do Boliwii trwało to około 35 godzin; jednak dotarłem cały, zdrowy i szczęśliwy. Opatrzność Boża czuwała i prowadziła.
Przyleciałem do Santa Cruz, gdzie udałem się do klasztoru aby troszeczkę odespać zmianę czasu. Choć podczas lotu z Hiszpanii w samolocie wziąłem trzy „tabletki” na spanie o mocy 40% (he :-) he inteligentni zorientują się o co chodzi) to jednak po przylocie byłem zmęczony i to nie z powodu „tabletek”:-)  Najlepiej i najzdrowiej po prostu przespać tę drogę z Europu do Boliwii – mnie się to częściowo udało. W klasztorze podczas odsypiania podróży zbudziły mnie krzyki. Kiedy wyszedłem z pokoju zaniepokojony tym co się dzieje w odwiedzi od jednego chłopaka usłyszałem że obok klasztoru spotkały się "dwie dzielnice" i leją się równo po mordzie, na szczęście brama klasztoru była zamknięta więc nikt nam nie wtargnął do środka. Widząc całą tą sytuację, nie pozostało mi nic innego jak ... wrócić do pokoju, zamknąć drzwi i próbować ponownie zasnąć :-)  Krótko po odespaniu znowu udałem się na lotnisko, aby tym razem udać się do Cochabamby, gdzie czekała mnie rozmowa z boliwijskim przełożonym. Spotkanie miało dotyczyć mojej dalszej pracy w Boliwii a dokładnie miejsca gdzie będę pracował. Wyjeżdżając z klasztoru widziałem porozrzucane kamienie - resztki po bójce. 
Zdradzę pewien sekret: już przed przylotem do Polski mianowano mnie proboszczem na trudnym terenie w Copacabana – nad jeziorem Titicaca, gdzie znajduje się najsłynniejsze w Boliwii sanktuarium maryjne. Jednakże podczas mojego pobytu w Polsce doszło tam do prowokacji. Podburzono parafian i ludzie wszczęli swoistą rebelię, w wyniku której wtargnęli oni do klasztoru i siłą wyrzucili franciszkanów. W związku z tym zdarzeniem miałem udać się do naszej kurii prowincjalnej w Cochabambie, aby przydzielono mi nowe miejsce pracy. Swoją drogą dobrze, że te zamieszki i wtargnięcie do klasztoru miało miejsce wtedy, kiedy ja byłem w Polsce, ponieważ nie wiadomo co by ze mną zrobili gdybym był tam na miejscu. Nawet nie chcę myśleć jak mogłoby się to skończyć. Piszę o tym, ponieważ wielu myśli że praca misyjna to przygoda egzotyczna, zdjęcia z grupą uśmiechniętych dzieci albo leżenie na hamaku; na szczęście tak nie jest. Zazwyczaj na blogu nie piszę o trudach i niebezpieczeństwach, które mnie spotykają, bo kto by chciał ciągle o tym czytać. Lubimy kwestie komiczne, śmieszne, zabawne… ale pamiętajcie misje, jak zresztą każda posługa zakonna i kapłańska podejmowana z odpowiedzialnością i zaangażowaniem – to nie jest bajka i rzeczywistość bez problemów … to tyle o problemach …
Pobyt w Cochabambie był urozmaicony wizytą wielu braci, między innymi na kilka dni przyjechał biskup z wikariatu Ñuflo de Chavez. Pewnie zastanawiacie się: co to jest ten wikariat apostolski? Tak na chłopski rozum: wikariat apostolski to tak jakby diecezja, na terenach misyjnych; wikariat diecezją nie jest ,ponieważ struktury kościelne jeszcze nie są tam uformowane (no to chyba kapnęliście o co chodzi :-) Wracam do biskupa … jest on Polakiem, franciszkaninem i przez kilka dni z nami mieszkał. Miło wspominam jego pobyt, ponieważ przychodził do mnie i pytał czy napiję się z nim kawy; a wieczorem razem w dwójkę zmywaliśmy gary i naczynia po kolacji. Fajnie tak pozmywać z biskupem :-) poruszaliśmy wiele tematów, ponieważ przez pół roku pracowałem właśnie u niego w wikariacie apostolskim.
Będąc w Cochabambie złapałem jakieś choróbsko. Strasznie męczyło mnie cztery dni. Nie wiem co to było ponieważ nie chodzę tutaj do lekarza, po prostu nie mam zaufania do boliwijskich lekarzy. Na szczęście w aptece można kupić sporo leków na własną rękę, więc udałem się po potrzebne medykamenty i po swojemu się wyleczyłem. Nie wiem co to było, ale pierwszy raz w Boliwii mnie tak rozłożyło. Dużo dziadostwa i innych bakterii jest tutaj w powietrzu, więc złapać jakąś chorobę jest bardzo łatwo. Na szczęście się skończyło :-) … To tyle o zdrowiu a teraz przechodzę do konkretów … Jak wspominałem, przyjechałem do Cochabamby w konkretnym celu, aby otrzymać nową placówkę – parafię, dom zakonny - w którym będę pracował. Po rozmowie z prowincjałem przydzielił mnie on do pracy w dużej parafii San Antonio, która znajduje w Santa Cruz. No to jak na razie moja przygoda się kończy z konwentem San Francisco w Cochabambie. Podobnie przygoda z Copacabaną zakończyła się (choć nawet dobrze się nie rozpoczęła ze względu na bunt i zamieszki spowodowane przez zmanipulowanych i podburzonych ludzi). Teraz czas rozpocząć nową pracę w Santa Cruz. Z górskiej Cochabamby gdzie ostatnio pracowałem udaję się na niziny. Trzeba spakować walizki i wyruszyć w drogę …jak wagabunda … do następnego miejsca, gdzie będę pracował - do Santa Cruz. Wędrówka wagabundy trwa … kolejne wieści będą już z nowego miejsca …



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.