Wszędzie dobrze … ale w domu najlepiej

Niespodziewanie, krótko, miło i przyjemnie … tak określiłbym mój spontaniczny wyjazd do Polski. Dzięki życzliwości o. Dymitra i pomocy sekretariatu misyjnego znajdującego się w Katowicach Panewnikach - przyleciałem na króciutko do Polski. Mało kto spodziewał się mojego przyjazdu. Ja szczerze mówiąc sam trochę wątpiłem w to, że uda się przylecieć do ojczyzny, ale jak widać UDAŁO SIĘ !!! :-)
Pewnie jesteście ciekawi co się takiego stało, że pojawiałem się w naszym kraju? Otóż główna przyczyna dotyczyła moich studiów, które rozpocząłem jeszcze przed wyjazdem misje. W Boliwii przełożeni stwierdzili, że warto byłoby wrócić do Polski aby przynajmniej częściowo je sfinalizować. W efekcie pierwszy tydzień mojego pobytu w Polsce przeznaczyłem na przygotowanie się do egzaminów, które zakończyłem licencjatem kanonicznym z misjologii. Czy dalej będę kontynuował te studia doktoranckie? Trudno mi odpowiedzieć. Jak na razie wracam do Boliwii, jeszcze nie wiem na jaką placówkę – a przypuszczam że z najbliższym czasie jakieś nowe boliwijskie miejsce zostanie mi przydzielone, gdzie będę pracował.
Pobyt w Polsce jest dla mnie czasem wyjątkowym. Choć może mam wiele spraw do pozałatwiania, i odzywają się problemy żołądkowe związane ze zmianą jedzenia to jednak jest przyjemnie. Mam okazję aby spotkać się ze współbraćmi, aby z nimi porozmawiać, pożartować. Niestety nie jestem w stanie odwiedzić wszystkich moich przyjaciół, dlatego jeśli to czytają to już przepraszam, ale przypuszczam że mnie zrozumiecie. Jak już wspomniałem pierwszy tydzień poświęciłem na naukę i egzaminy. Tuż po egzaminach przyjechał do naszego klasztoru nasz minister generalny o. Michael Perry OFM wraz ze swoim definitorium. Na co dzień pracują oni w Rzymie, ale teraz odwiedzają nasze polskie prowincje. Miałem możliwość z nim chwilkę porozmawiać. Pytał o moje studia i pracę misyjną w Boliwii. Zna on dobrze rzeczywistość Boliwijską ponieważ niedawno był w Boliwii. Wie z jakimi trudnościami się zmagamy na co dzień. Spotkanie z nim było dla mnie wyjątkowe. Nie jestem w stanie tego „ubrać” w słowa, ale naprawdę mam wrażenie, że po rozmowie z generałem odrodził się we mnie charyzmat franciszkański … no ale nie będę tutaj uprawiał ekshibicjonizmu duchowego.
Koniec tygodnia spędziłem rodzinnie – w domu rodzinnym i mojej parafii w Książenicach. Przepiękna pogoda przypominała mi Słońce Boliwijskie, a życzliwość mojego proboszcza i tutejszych parafian wprowadziła w moje wnętrze wiele radości. Miałem kazania na mszach niedzielnych, rozważaliśmy ewangelię a następnie dzieliłem się moimi spostrzeżeniami na temat Boliwii. Proboszcz i książniccy parafianie  udzielili mi także wsparcia materialnego, za które jestem bardzo wdzięczny. Nie jest to kwestia podlizywania się, ale naprawdę w mojej rodzinnej parafii zawsze doświadczam wiele serdeczności i miłości płynącej od ludzi. Dodatkowo czas spędzony z moją rodzinką jest dla mnie miłą odskocznią od codzienności. Kolejną niedzielę przeżywałem w parafii św. Józefa w Czerwionce, gdzie proboszczem jest książeniczanin - ks. Jan, który zaprosił mnie, abym wtedy, kiedy przyjadę na urlop podzielił się radością pracy misyjnej w Boliwii. Tutaj także zostałem przyjęty z wielką życzliwością.
Szybko pobyt w ojczyźnie się dla mnie zakończył. Nim się obejrzałem już mam spakowaną walizkę. Teraz podróż do Warszawy na lotnisko. Choć pobyt w Polsce był czymś wspaniałym, to jednak często myślałem o Boliwii. Dziękuję wszystkim że dobroć, życzliwość i pomoc, których od was doświadczyłem. Naprawdę jesteście wspaniali. Wiem że moje słowa nie będą w stanie zrekompensować wszelkiego dobra jakie mi udzieliliście, ale będę o was pamiętał w modlitwie. Jednocześnie bardzo, gorąco proszę was o modlitwę za mnie i całe dzieło misyjne kościoła. Bez Pana Boga, bez modlitwy i bez waszego duchowego wsparcia ta praca misyjna nie ma sensu. Dzięki za wszystko!!! Pozdrawiam i kolejny post już z BOLIWII.

Komentarze