poniedziałek, 8 stycznia 2018

Święta po boliwijsku

Po adwencie przychodzi czas na Boże Narodzenie. To już moje drugie Boże Narodzenie, które spędziłem w Boliwii. Poprzednie było w Ascencion de Guarayos, tegoroczne w Santa Cruz.
Jak zwykle wigilię Bożego Narodzenia spędzamy bardzo pracowicie. Od godzin wieczornych jeździmy po naszych kościołach i sprawujemy już „misa de gallo” tłumacząc na polski msza kogucia. Jest to taki odpowiednik naszej polskiej pasterki, z tym że nie sprawowana jest ona o północy ale od godziny 20:00. Nie celebrujemy tej mszy o północy z prostego powodu: kościołów jest dużo więc rozpoczynamy wcześniej a potem jedziemy do kolejnego kościoła … i kolejnego … i wracamy w nocy do domu.
Eucharystia Bożonarodzeniowa jak zawsze jest bogata w szopkę betlejemską, kolędy, ludzie przynoszą do poświęcenia figurki dzieciątka Jezus ponieważ w każdym domu obowiązkowo tutaj musi być zrobiony żłóbek. Po mszy my ruszmy dalej do innych kościołów a ludzie udają się do domu na wspólny rodzinny posiłek. Co takiego jedzą? Zależy od rodziny: niektórzy przygotowują specjalną zupę którą jedzą tylko raz w roku – właśnie na Boże Narodzenie, inni przygotowują jakieś mięso lub to co mają w domu do jedzenia. Nie jest ważne tutaj co się je, ale z kim się je – grono rodzinne.
Ja osobiście byłem mile zaskoczony kiedy jedna rodzina po mojej ostatniej mszy nieśmiało podeszła do mnie i zaprosiła mnie ja kolację do ich domu. Oczywiście skorzystałem z zaproszenia wiedząc o tym, że w klasztorze my takiej kolacji nie organizujemy ponieważ wszyscy są w rozjazdach po swoich kościołach. Mogę powiedzieć że tegoroczną wigilię spędziłem z parafianami … i było super. Natomiast w samo Boże Narodzenie zorganizowaliśmy w naszej kaplicy urodziny Pana Jezusa. Kupiliśmy słodycze, ludzie upiekli ciasteczka, był tort urodzinowy i po mszy świętej wszyscy na "słodko" świętowaliśmy Boże Narodzenie. Więcej jak spędziłem święta znajdziecie na filmiku do którego macie link poniżej


26 grudnia jest tutaj już normalny dzień roboczy, ludzie kończą świętowanie i wracają do codziennej rutyny. Dla mnie czas między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem był bogaty w „spotkania wigilijne” które organizowałem dla różnych grup parafialnych: dzieci, młodzieży, dorosłych, katechistów ….
Ostatni dzień starego roku myślę jak w każdym innym państwie jest dniem zabawy. Tutaj w Boliwii sporo alkoholu ludzie spożywają i w efekcie na Nowy Rok – 1 stycznia prawie nikt nie przychodzi do kościoła. Niestety w noc sylwestrową ludzie pod wpływem alkoholu popełniają sporo przestępstw i to różnej natury o których lepiej nie pisać.
Po Nowym Roku wszyscy czekają na 6 stycznia, kiedy to hucznie sprawowana jest uroczystość Objawienia Pańskiego (Trzech Króli). W tym dniu dzieci przychodzą do kościoła lub na place przykościelne, gdzie mamy żłóbki i razem z trzema królami oddają pokłon Dzieciątku Jezus. Robią to za pomocą tańców, modlitw, śpiewów … a na zakończenie otrzymują wcześnie przygotowane upominki. Jest tu taka tradycja że trzej królowie przynoszą dzieciom prezenty. A propo trzech króli i prezentów… mi też trzej królowie coś przynieśli. W tym czasie rozmawiał ze mną prowincjał boliwijski i poprosił mnie abym udał się do miejscowości Puerto Suarez. Jest to miasteczko oddalone o około 650 km od Santa Cruz. Znajduje się ono prawie na granicy z Brazylią. Mam tam udać się „tymczasowo” do pomocy; a potem wrócić do Santa Cruz, ale ile czasu tam będę pracował to dobry Pan Bóg wie. Więc czeka mnie na dniach długa podróż do regionu który tutaj w Boliwii jest znany z UPAŁÓW … i to wysokich.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.