niedziela, 14 stycznia 2018

Tropik

Tak tutaj w Boliwii jednym słowem można określić klimat, który jest w Puerto Suarez – tropik…

Podróż z Santa Cruz do Puerto Suarez przebiegła pomyślnie. Choć to jest 650 km jednak  szybko mi to minęło. Przyjechałem o 5 rano do Puerto Suarez. Tam już przed kościołem czekał na mnie brat zakonny aby wpuścić mnie do domu, gdzie mogłem troszeczkę odpocząć po podróży. Dom a raczej klasztor jak dla mnie jest bardzo przyjemny. Nie za duży, pokoiki małe, sporo schodów, klimat austriacki, ponieważ oni tutaj zawsze pracowali ale może być.
Z klimatem atmosferycznym to jest tutaj troszeczkę gorzej. W Boliwii mówimy na to tropik: bardzo ciepło, wysoka wilgotność, mało przewiewu więc ja osobiście pocę się niesamowicie. Oprócz tego już na dzień dobry ktoś się tutaj we mnie zakochał … nie odstępuje mnie na krok … a to są komary. Jest ich tutaj tak dużo że nie da się funkcjonować bez repelentów, sprayów czy też innych środków chroniących przed komarami. A trzeba uważać ponieważ szczególnie teraz komary tutaj roznoszą choroby. Jasne nie wszystkie komary są niebezpieczne, ale mimo wszystko trzeba być przezornym i wypsikanym środkami odstraszającymi komary.
Puerto Suarez jest miasteczkiem znajdujący się blisko granicy z Brazylią. Ma około 20 tysięcy mieszkańców. Nasza parafia ma także wioski do których trzeba dojeżdżać, alby sprawować sakramenty. Klimat wiosek troszeczkę przypomina mi Guarayos gdzie pracowałem: bieda, dżungla, sporo zieleni.
W Puerto Suarez mamy także dostęp do wody – Pantanal – to rozległa równina pokryta jeziorem i rzeką która przebiega przez trzy państwa: Paragwaj, Brazylię i Boliwię. Rzeka znana jest z dużej ilości ryb (surubi, piranie, paku) i obecności kajmanów oraz węży (sicuri – wężę, które mają do trzech metrów długości, a ich grubość to jak moje udo). Oprócz tego na tej rzece odbywa się (i to szeptem piszę ... cicho!!!) kontrabanda. Z racji tego że rzeka przebiega przez granicę trzech państw - przemycane jest co popadnie: żywność, alkohol, sprzęty elektroniczne itd.
Obok naszego domu mieszkają siostry klaryski. Wspólnota sióstr nie jest za duża: dwie pochodzą z Hiszpanii a trzy z Boliwii. Codziennie chodzę do nich sprawować Eucharystię, po której jem śniadanie: kawę i herbatniki :-) ale jest fajnie – spoko babki z tych klarysek.

Nowe miejsce, nowi ludzie, nowe sytuacje – znowu pasja misjonarska odżywa. Zobaczymy co będzie dalej. Czeka mnie sporo pracy: zająć się parafią, wioskami, grupami parafialnymi. Ile czasu tutaj będę? Nie wiem wstępnie poinformowano mnie że tymczasowo. Ale ile to będzie to ja nie wiem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Uwaga: tylko uczestnik tego bloga może przesyłać komentarze.